poniedziałek, 18 czerwca 2018

"Mgły Toskanii" Natasza Socha / PRZEDPREMIEROWA RECENZJA




MGŁY 

TOSKANII 


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 
Premiera: 20 czerwca 2018

Autor: Natasza Socha
Wydawnictwo: Edipresse Książki

„Mgły Toskanii” to najnowsza powieść autorstwa Nataszy Sochy, jest to jedna z tych autorek, po których książki sięgam „w ciemno”. Wiem bowiem, że dostarczą mi niezapomnianych chwil pełnych refleksji, nowych wrażeń i zupełnie innych perspektyw.

Lena ma dwadzieścia dziewięć lat i pracuje jako konserwator dzieł sztuki. Jej imię powstało ze zdrobnienia dwóch innych - Helena i Magdalena. Mgła jest mieszanką powietrza i wody. Ten dualizm wyznacza całe życie głównej bohaterki. Jest ona i dwóch mężczyzn. Starszy i młodszy. Ojciec i syn. Igor mieszka w Polsce i pracuje jako fotograf, Ian jest rzeźbiarzem w Toskanii. Lena nie potrafi wybrać żadnego z nich, więc decyduje się na równoległe życia. Dwa kraje, dwa żywioły, dwa związki. W tle malownicza Toskania i pewien fresk z końca szesnastego wieku. Czy miłość można podzielić, rozłożyć na procenty? A może wolno kochać jednakowo silnie, bez konieczności wyboru?

„Mgły Toskanii” to powieść, która tylko pozornie opowiada jedynie historię jednej kobiety i dwóch mężczyzn. Tak naprawdę jest to książka wielowymiarowa, poznajemy bowiem świat z różnych perspektyw, a mgła wyznacza nam szlaki i horyzonty, które tylko my sami możemy ograniczyć naszym umysłem.
To historia, której myślą przewodnią jest dualizm. To on otacza Lenę szczelnie, niczym płaszcz przeciwdeszczowy, wyznacza jej granice postrzegania, staje się w końcu jej nieodłączną częścią osobowości, ale również świata, który ją otacza. Dwa imiona, dwa kraje, dwóch mężczyzn, dwie miłości – dwa skrajnie różne światy, doznania i doświadczenia. A w samym środku znajdujemy właśnie Lenę.
Jeśli oczekujecie płomiennego i słodkiego romansu, to z całą pewnością go nie otrzymacie! 


„Mgły Toskanii” to nieszablonowa powieść, którą tworzą barwy i smaki. Wraz z Leną poznajemy inny świat, pełen kolorów, odcieni i przebarwień. Okazuje się, że życie nie jest w odcieniach czarno – białych albo tonacjach szarości. Życie utkane jest z wielobarwnych nici, poplątanych, lekko zamazanych, a na domiar tego, codziennie obleczonych nowymi odcieniami. Doznania zmieniają się wraz z godzinami, minutami i sekundami.

Natasza Socha zabiera nas w podróż do Włoch, ale robi to w tak nietypowy sposób, że podczas czytania zapierało mi dech w piersiach. Nigdy nie byłam w tym kraju, choć to zawsze było (i nadal jest) moim marzeniem. A jednak podczas lektury czułam się niesamowicie.
Autorka nie pokazuje nam Toskanii w fotograficznym skrócie. O nie! 
Poznajemy ten kraj za pomocą zmysłów.
Powiem Wam, że nie spodziewałam się tego!
Do tej pory sądziłam, że nieznane mi miejsca mogę poznać jedynie za pomocą plastycznych opisów. A tymczasem autorka potrafiła mnie wprowadzić w stan niezmierzonej fascynacji za pomocą zmysłów: wzroku, słuchu, węchu, smaku i dotyku. Toskania odbierana za pomocą ferii barw, leniwej ciszy, zapachu lawendy, smaku przypraw i regionalnych potraw oraz wina, a także za pomocą modelowanej w dłoniach gliny i szamotu – wygląda zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażałam.
Autentycznie czułam, że tam jestem. Widzę, dotykam, smakuję, wącham i słucham. Doświadczam tego osobiście. Mogę stwierdzić, że Toskanię poznałam organoleptycznie, bez pośpiechu i gonitwy. Rozkoszując się wszystkim tym, czego doznawała Lena, co pokazywał jej Ian, co dawał jej Igor oraz tego co sama Toskania miała do pokazania. 

„Mgły Toskanii” to opowieść o wyborach. Okazuje się, że czasem posiadanie wyboru nie jest niczym dobrym, a im większy mamy wybór tym bardziej nie możemy się zdecydować, gubimy gdzieś w tym wszystkim nasze palące pragnienie tego, co najważniejsze. Czasami jest lepiej nie mieć wyboru, aby móc zobaczyć go tam, gdzie jest niedostrzegalny.

„Mgły Toskanii’ to również lekcja życia, którą wraz z bohaterką mamy okazję odbyć. Uczymy się poznawania świata za pomocą tego, co dała nam natura. Nasze zmysły. To dzięki nim możemy przeżyć coś zgoła innego, doświadczyć świata poza jego granicami, utartymi przez ludzi. Doznać życia w pierwotny sposób. To tak jakby uczuć się wszystkiego od nowa, niczym dziecko. Brzmi może nieco nieprawdopodobnie, ale okazuje się, że to właśnie najwłaściwszy sposób smakowania i czerpania z życia tego, co najpiękniejsze. Tylko tak możemy zaznać tego, co nas otacza, poczuć głęboko w sobie i zachwycić się pięknem i nietuzinkowością otoczenia.

„Mgły Toskanii” to także historia miłości. Właśnie, nie o miłości, a miłości pod różnymi postaciami. To niezdefiniowane do końca słowo, ma dla człowieka ogromne znaczenie. 
Gdyby ktoś  zapytał, co to jest miłość i w czym się ona objawia? 
Nie potrafimy odpowiedzieć jednoznacznie. 
Bo miłość to coś, co czuć można na tyle sposobów, ile jest w życiu barw. Tylko nasz umysł stawia jej ograniczenia i bariery. „Po raz pierwszy odnoszę dziwne wrażenie, że miłość jest podzielna. Że nie dotyczy tylko jednej osoby, nie jest zaborcza w swym wyborze. (…) A zatem można kochać jednocześnie dwie osoby i to nie jest tak, że dzielisz swoje uczucia. Że rozkładasz je na procenty. Każde z nich potrafi być podwójnie silne i podwójnie dodające skrzydeł. Owszem różnią się od siebie, ale efekt końcowy jest taki sam: chcesz być z tym człowiekiem. Z tym i z tamtym również.”
To właśnie miłość – niejednoznaczna, bezgraniczna, pozbawiona barier, trudna do określenia…wypełniająca nasze wnętrze, uzupełniająca nasze braki.


„Mgły Toskanii” to piękna wielopłaszczyznowa historia, opowiadająca o życiu, miłości, świecie.
Mówi również o czasie. Bo czas w tym wszystkim jest pojęciem względnym i poza wszelkimi oznaczeniami. Autorka sugeruje, że aby doświadczyć czegoś w pełni – nie wolno się śpieszyć. Trzeba dać sobie i doznaniom czas, bo tylko wówczas mamy szansę na dokładne i wnikliwe poznanie i znalezienie tego, co najpiękniejsze i najbardziej wartościowe.
Każdy z nas kolekcjonuje wspomnienia, z wyjazdów, z życia. Ale czy potraficie określić jedną rzecz, która was ujęła, zafascynowała, zapisała się w waszej pamięci tak mocno, że będziecie pamiętać o tym za 20 lat?
Celebrujcie zatem chwile, bo one nieuchwytne są jak wiatr, jak powietrze, jak woda...jak mgła. 


Za możliwość poznania Toskanii w zupełnie niebanalnym stylu,
za odkrycie nowych pojęć czasoprzestrzennych, niezapomniane wrażenia, szczere wzruszenia, uśmiech na twarzy oraz za lekcję delektowania się życiem, a to wszystko w strefie VIP :)
dziękuję autorce Nataszy Socha oraz Wydawnictwu Edipresse Książki. 

"Wszystkie pory uczuć. Lato" Magdalena Majcher



WSZYSTKIE 
 
PORY UCZUĆ 

LATO


Autor: Magdalena Majcher
Seria: Wszystkie pory uczuć (tom 4)
Wydawnictwo: PASCAL

„Wszystkie pory uczuć. Lato to już czwarta i ostatnia część z cyklu. Magdalena Majcher w poprzednich częściach poruszała przeróżne trudne tematy i ich złożoną problematykę.
„Wszystkie pory uczuć. Jesień” → Recenzja
„Wszystkie pory uczuć. Zima” → Recenzja
Wszystkie pory uczuć. Wiosna” → Recenzja
I tym razem autorka również nie pozwala swoim czytelnikom na odpoczynek i relaks.

Pełna emocji opowieść o trudnym macierzyństwie.
To miało być najpiękniejsze lato w życiu Joasi. Sen o rodzinie, o jakiej zawsze marzyła właśnie się spełnił. Razem z Maćkiem doczekali się dziecka. Jednak Joasia nie potrafi cieszyć się macierzyństwem a zamiast spodziewanego szczęścia ogarnia ją coraz większy lęk…

Czy bliscy w porę zorientują się, że młoda matka cierpi na depresję poporodową?

Czy Joasia pozwoli sobie pomóc, zanim będzie za późno?

„Wszystkie pory uczuć. Lato” to portret matki pokazany jej własnymi oczami.
To lustrzane odbicie tego, co kobieta widzi w sobie, za co się kocha i za co się nienawidzi. Psychologiczny obraz młodej kobiety wyczekującej dziecka i stawiającej pierwsze kroki w świecie macierzyństwa.
Czy każdy z nas ma w sobie ten instynkt matki, który niezawodnie podpowiada nam co mamy robić?
Czy każda kobieta jest dla swego potomka matką idealną?
Czy dzisiejszy świat pomaga kobietom podążać ścieżką macierzyństwa z błogosławieństwem?
Czy też może ludzkość stawia przed takimi kobietom zbyt wysokie wymagania?
A może to my sami zapędzamy się w kozi róg, z którego nie ma ucieczki?
Może otaczający nas medialny świat pełen ideałów popycha nas do niewyobrażalnie krytycznych uwag pod własnym adresem?


Magdalena Majcher porusza w powieści temat trudny, wciąż przez wielu uważany za bezsensowne fanaberie, głupie wymówki i coś „nie do pomyślenia”. A jednak problem depresji poporodowej dotyka coraz szerszego grona kobiet.
Skąd to się bierze? Dlaczego?
Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Moim zdaniem to świat, w którym przyszło nam żyć jest odpowiedzialny za to zjawisko. To my sami wykreowaliśmy „standardy” bycia matką doskonałą. Internet aż huczy od mnogości informacji o tym, jak być idealną matką, co robić, a czego absolutnie nie wolno. To kobiety pozakładały fora internetowe ciążowe i dla matek. A tam prawdziwa skarbnica dobrych rad, od których piekło jest wybrukowane. Istny wyścig szczurów w pogoni za zaszczytnym tytułem matki polki idealnej. A niech tylko któraś z młodych matek wyjdzie nieco poza ramy, powie, że coś robi inaczej, od razu...momentalnie zaczyna się nagonka, hejt hejtem poganiany. A od tego, to już tylko kilka schodów do uzyskania tytułu wyrodnej matki.

Marketing parentingowy to dziś bardzo głębokie źródło nie tylko wiedzy, ale i dochodów. Miliony sprzedawanych poradników o ciąży, o pierwszym roku życia dziecka, o wychowaniu, o zasadach i tak dalej. Wciąż na topie, wciąż zdobywa nowe osoby w swoje śliskie łapy. Może i bywa czasem pomocy. Ale moim zdaniem więcej z tego szkody niż pożytku, zwłaszcza jeśli tryliardy informacji zasypują osobę niedoświadczoną, taką, która ma niskie poczucie wartości własnej. Taka osoba zaczyna stawiać sobie zbyt olbrzymie wymagania i ustawia poprzeczkę nie do przeskoczenia. Fala poradnikowych i internetowych informacji zalewa ją niczym fala tsunami. Wdziera się w uszy, oczy i serce. Zatruwa racjonalizm i zagłusza naturalny instynkt.

Bohaterka powieści „Wszystkie pory uczuć. Lato” - Joasia - wpadła w taką falę po same uszy. Co niemalże doprowadziło do tragedii. Została zaszczuta idealizmem macierzyństwa.
Osobiście przeżywałam niektóre z przedstawionych w powieści dylematów. Podobnie jak moja imienniczka urodziłam przez cesarskie cięcie (mój syn też ważył podobnie jak syn bohaterki) i ja, podobnie jak ona, w czasie ciąży naczytałam się milion poradników i dobrych rad na forach internetowych. Co więcej, podobnież jak Joanna, nie miałam pokarmu. Nie byłam w stanie sama wykarmić swojego dziecka, które potrzebowało dużo zjeść. Leżałam w szpitalu obolała, a personel niezbyt chętnie zabierał moje dziecko na dokarmienie. Musiałam radzić sobie sama. Musiałam wysłuchać szpitalnych rad pielęgniarek i lekarzy, o tym jak istotne jest karmienie piersią, bo tylko to daje gwarancję na to, by moje dziecko było zdrowe i inteligentne!! Tak. Dosłownie.
Z tym, że ja w odróżnieniu od głównej bohaterki powieści – miałam świadomość tego, że mnie moja mama również nie karmiła piersią, a na iloraz inteligencji nie narzekam. Miałam to szczęście, że nie dałam się zwariować i zrobiłam to, co uważałam za słuszne, czyli zaraz po wyjściu ze szpitala nakarmiłam syna butlą mleka modyfikowanego. Dziś ma 10 lat i jest okazem zdrowia, a rozwój umysłowy ma na równie wysokim poziomie.
Już wtedy zastanawiałam się nad tym, dlaczego nawet w szpitalu jest tak wielka nagonka na karmienie piersią? Dlaczego wbija się w poczucie winy młode matki, które nie mają pokarmu w piersiach? Po co? Dla jakich wyższych idei się to robi? Ludzie!
Magdalena Majcher w swej powieści również porusza tę kwestię – rzeczywistość w szpitalach państwowych wygląda dokładnie tak jak opisała je autorka.

Młoda matka, pierworódka już na wstępie swej macierzyńskiej drogi wpada w dół wykopany przez innych. Powieściowa Joasia – z każdym dniem zapadała się coraz bardziej. Dobijało ją, że nie spełniła własnych ambicji dotyczących porodu, karmienia...ambicji i planów wybudowanych na podwalinie wszystkie dobrych rad z poradników i internetu. Wpadła po uszy w bagno idealizmu i wytycznych jakie świat obrał sobie za najważniejsze. Wpędziła się w poczucie winy, niespełnienie i nadmierną samokrytykę. A to zrodziło w niej poczucie krzywdy, przeradzające się w obłęd i nadinterpretację faktów i słów, które w rzeczywistości były wyrazem troski najbliższych. Mąż mówił co innego – ona dopatrywała się w tym krytyki pod swoim adresem. I tak w błędnym kole, z którego nie widziała wyjścia karała samą siebie. Nie była w stanie cieszyć się macierzyństwem, dzieckiem, jego pierwszym spojrzeniem, niemowlęcymi minami i posapywaniem, nie czuła zapachu miłości. Wszystko to omal nie doprowadziło do tragicznego w skutkach końca.


A przecież mogło być inaczej. Przecież to wszystko może wyglądać inaczej!
Gdyby Ci wszyscy „mądrzy” piszący poradniki przestali narzucać kanony idealnego macierzyństwa!
Gdyby internet był wolny od matek przeświadczonych o swej doskonałości – jednocześnie plujących żółcią na kobiety, które urodziły inaczej, karmią inaczej, śpią z dziećmi inaczej niż one same!
Gdyby w szpitalach zamiast „mądrych” formułek – młoda matka usłyszała, że to nic złego, że wiele osób tak ma, że nie jest leniwa, po prostu czasem tak się dzieje!
Wszystko mogłoby być inaczej.
Niestety – jest coraz gorzej! 

„Wszystkie pory uczuć. Lato” Magdaleny Majcher to powieść o wielkiej miłości, o spełnieniu, o cudownym stanie ciąży i macierzyństwa, ale również o tym, że to wszystko jest tak delikatne i kruche, że można to zniszczyć nieodpowiednim, nieprzemyślanym słowem czy działaniem.
Ta powieść powinna się znaleźć w kanonie lektur ciążowych i okołoporodowych.
Każda kobieta powinna to przeczytać i jej mężczyzna (przyszły ojciec również). Bo dzięki tej lekturze, przyszłe matki może zrozumieją więcej, nie doprowadzą się na szczyty wygórowanych ambicji rodzicielskich, nie dadzą się zwariować temu światu, który ustanowił kanwy idealizmu macierzyństwa. Natomiast każdy przyszły ojciec uświadomi sobie jakie to wszystko jest niebezpieczne i może, gdy spotka się z taką sytuacją osobiście – będzie potrafił zareagować właściwie – tak jak zareagował powieściowy Maciek.


„Wszystkie pory uczuć. Lato” to powieść obok, której nie wolno przejść obojętnie! Jest tak bardzo ważna powieść, naszpikowana pułapkami czyhającymi na przyszłe matki. W moich oczach jest prawdziwą, życiową lekturą o tym, czego unikać, by móc w rezultacie cieszyć się z ciąży i macierzyństwa w sposób niezmącony niczym.
Podsuńcie ją swoim żonom i partnerkom. Przeczytajcie ją razem z nimi!
Pożyczcie sąsiadce w ciąży!
Dajcie ją ku przestrodze!
Społeczeństwo winno chronić przyszłe matki oraz te które właśnie urodziły!
Bądźmy zatem mądrym i świadomym ogniwem tego społeczeństwa! 
Kobiecie, która jest muszlą dającą życie - dajmy szumieć cicho i ze spokojem, by koiła sobą życie, które wydaje na świat i by rozsmakowała się w miłości macierzyńskiej.  


Za możliwość przeżywania tego czasu wraz z Joasią i pobudzenie wspomnień
dziękuję Madzi Majcher oraz Wydawnictwu PASCAL. 




Wypożycz na w.bibliotece.pl

"Miłość ma Twoje imię" Ilona Gołębiewska



MIŁOŚĆ 

MA TWOJE IMIĘ

Autor: Ilona Gołębiewska
Wydawnictwo: Muza

„Miłość ma Twoje imię” to najnowsza powieść Ilony Gołębiewskiej, która premierę miała 6 czerwca 2018 r. Wcześniejsza trylogia o starym domu ujęła mnie ciepłem i ogromną dawką afirmacji życia. Co zatem czeka czytelnika tym razem? Czy nowa książka Ilony Gołębiewskiej przynosi ukojenie czy też może zupełnie coś innego?

Potrzeba bycia kochanym określa nasze życia. Błądzimy, szukamy, wciąż mamy nadzieję, że obok nas pojawi się ten ktoś najważniejszy. Ale „serce nie sługa”, nie zawsze postępuje zgodnie z rozumem i potrafi pokochać człowieka, który niszczy siebie, bliskich i swoje życie.
Anna Janowska, kobieta z przeszłością, samotnie mierzy się z wyzwaniami, wciąż nie może znaleźć szczęścia. Prowadzi intensywne życie, by zapomnieć o tragicznym wypadku sprzed lat, który odebrał jej rodzinę i sprawił, że młoda dziewczyna musiała szybko dorosnąć.

Michał Gebert, mężczyzna po przejściach, dawno wyczerpał limit życiowych błędów i upadków, z których nie może się podnieść. Stracił zaufanie do siebie samego, co jeszcze bardziej pcha go w stronę ryzykownych zachowań i życia i bez zasad. Mimo pomocy ze strony rodziny i przyjaciół zdaje się zbliżać do granicy życiowego dna.

Czy dwoje tak zupełnie różnych ludzi może stworzyć udany związek? Czy przeszłość nie upomni się o nich w najmniej oczekiwanym momencie? Czy miłość obroni się w starciu z siłą uzależnienia? Czy można uratować kogoś przed życiowym upadkiem?

Utkana z emocji, wzruszająca i niezwykle prawdziwa powieść o różnych odcieniach miłości, która jest sensem życia. Autorka udowadnia, że nigdy nie należy się poddawać, nawet jeśli odchodzą najbliższe osoby, życie nas nie rozpieszcza, a miłość omija szerokim łukiem. Czasem wystarczy jedno niespodziewane spotkanie, by wszystko zmieniło się nie do poznania. 



„Miłość ma Twoje imię” to powieść, przez którą nie przelatujemy lotem ptaka po przestworzach stronic, idziemy przez nią żwawym, acz odpowiednio wolnym krokiem, na tyle wolnym, aby wchłonąć całe jej przesłanie w siebie. 
To powieść o poszukiwaniu...skarbu, jakim jest miłość, przebaczenie, spokój ducha. Skarbu, który może okazać się filarem życia. 
To opowieść o definiowaniu szczęścia, co jest o tyle trudne, gdyż nigdy nie wiadomo pod jaką postacią się kryje.
To historia o ludzkich smutkach i cierpieniu, które towarzyszą każdemu, bez wyjątków, czasem w mniejszym lub w większym stopniu, ale zawsze. Autorka pokazuje, że tylko od nas samych zależy w jaki sposób przeżyjemy własne życie. Czy znajdziemy swoją własną ścieżkę, ku spełnieniu? Czy też będziemy błądzić po omacku, jak dzieci we mgle? 
Jednocześnie bardzo obrazowo pokazuje, że absolutnie każdy  ma szansę na poprawę własnego losu, a potrzeba do tego jedynie chęci i czasem odrobiny wsparcia ze strony bliskich osób, które podadzą nam dłoń, kiedy będziemy upadać, które podniosą nam głowę do góry i będą nas pionizować w walce z naszymi słabościami. Bo człowiek jest tylko człowiekiem. Każdy popełnia błędy, potyka się o wystające kamienie, ale ma też prawo do wyciągania wniosków i prawo do tego, by wygrzebać się z otchłani własnych porażek. Samozaparcie i wiara najbliższych są w stanie zdziałać wiele dobrego. Autorka, kilkakrotnie podkreśla, że równie ważne w tym wszystkim jest to, by uczyć się, wyciągać wnioski, nie popełniać znów w kółko tych samych błędów.

„Miłość ma Twoje imię” to również historia o miłości. Ilona Gołębiewska od samego początku pokazuje czytelnikowi, że to jest jedno z najważniejszych w życiu uczuć. Niezbędnych dla każdego człowieka. Nie zawsze dzieje się tak, że spotykamy ją na swej drodze od razu i potem już tylko „żyli długo i szczęśliwie”. Tego doświadczają naprawdę nieliczni wybrańcy losu. Najczęściej jest tak, że wędrujemy, poszukujemy, sprawdzamy i zawsze mamy nadzieję, bowiem „w życiu różnie bywa, także ze związkami. Chcemy być z kimś, bo mamy ogromną nadzieję, że nam się uda i będziemy szczęśliwi, a nie zawsze tak jest.”
No właśnie. Nie zawsze tak jest. Dotykają nas zdrady, kłamstwa a czasem i śmierć. Zostajemy ze zranionym, złamanym sercem i wydaje nam się, że już nic dobrego nas nie czeka. Przez całą powieść autorka na różne sposoby udowadnia czytelnikowi, że jest silny, że da radę, że pokona wszystko. Mimo bólu i pękniętego serca jest w stanie obudzić się, pewnego dnia i stwierdzić „mimo wszystko, jestem szczęśliwy”. Bo jak sama pisze: „Nie można w pięć minut wymazać złej przeszłości, ale można do niej nie wracać i próbować zacząć od nowa.” Ilona Gołębiewska, poprzetykała powieść mnóstwem dobrych słów, które budzą natchnienie i dodają siły. Podnoszą niczym dłoń najbliższego przyjaciela i mówią, „żeby o siebie walczyć, nie stać w miejscu, nie godzić się na kompromisy, nie dać się zranić”. Pilnować się i chronić swojej osobowości, a jednocześnie iść do przodu, robić to, co się kocha, spełniać się i być otwartym na ludzi. Ktoś powie: „jasne, do czasu, aż znów się nie przejedzie na innych” - i będzie miał rację, jak najbardziej. Autorka nie podaje prostego i sprawdzonego przepisu na odnalezienie miłości, przyjaźni czy szczęścia. Nim je odszukamy, czeka nas wiele rozczarowań, wiele łez i smutku. To wszystko prawda. Ale należy pamiętać o tym, że dzięki temu nasze życie nabiera wyrazu, nie jest bezbarwne, jest utkane z wielowymiarowego dotykania otaczającego nas świata. Nie poznając smutku i żalu, nie moglibyśmy doświadczyć w pełni szczęścia i radości. Dlatego należy zawsze być sobą i kierować się w życiu najwyższymi wartościami, a wówczas, mimo porażek i cierpienia, będziemy mogli odnaleźć wszystko to, czego w życiu poszukujemy. Ważne jest też, by otaczać się dobrymi osobami, tym złym przebaczyć, ale nikt nie wymaga od nas, by nadal byli w naszym życiu.


„Miłość ma Twoje imię” pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego jaki w sobie zawiera, jest powieścią napisaną lekkim językiem, który trafia w sam środek serca. Autorka nie stosuje udziwnień ani poetyckich wywodów, zdecydowanie stawia na prostotę przekazu. Uświadamia nam delikatnie to, co jest najważniejsze, pokazuje różne scenariusze i ich konsekwencje. Dzięki temu poprzez swoją powieść swobodnie rozmawia z czytelnikiem, jak najbliższy przyjaciel, który daje dobrą radę, udzieli wskazówek, ale życia za nas nie przeżyje. A „żeby spokojnie żyć w teraźniejszości, trzeba rozliczyć się do końca z przeszłością”. I z taką myślą pozostanę w sercu. 


„Miłość ma Twoje imię” otoczy Was ramionami jak najlepszy przyjaciel i okryje ciepłym kocem dobrych myśli, rozgrzeje Was ciężkimi przeżyciami, ale nie wypuści na zewnątrz, bez tętniącego wiarą i siłą serca. Skłoni Was do głębokich refleksji, zastanowienia się nad własnym życiem i zasadami jakimi się w nim kierujecie. 
Niektórzy z Was zobaczą w bohaterach tej powieści własne lustrzane odbicia, inni zaś dojdą do wniosków, że może trzeba coś zmienić, aby było lepiej.
To lubię najbardziej w powieściach Ilony Gołębiewskiej! 
Opuszczam strony książki, ale moje serce wypełnia ogrom natchnienia, pocieszenia i wiary.

Za możliwość przeczytania i podzielania się z Wami moją opinią serdecznie dziękuję 
autorce Ilonie Gołębiewskiej, 
która z kredytem zaufania 
otworzyła mi konto 
do świata pełnego wiary we mnie, w życie i w świat.
Dziękuję również Wydawnictwu Muza. 



Wypożycz na w.bibliotece.pl

 

czwartek, 14 czerwca 2018

"Moje nominacje do Nagrody Nike" 2018


"Moje nominacje do Nagrody Nike" 

2018

      W 2017 roku na naszym rodzimym rynku wydawniczym pojawiło się wiele nowości książkowych. Ukazało kilka interesujących debiutów, jak również powieści wydanych przez znanych mi od dawna autorów, którym jestem wierna, a po ich książki sięgam „w ciemno”
       Bardzo trudno jest wydawać wyroki, jeszcze trudniej jest wybierać tych kilka najlepszych, zwłaszcza, że praktycznie wszystkie przeczytane przeze mnie zeszłoroczne lektury do dziś noszę w swoim czytelniczym sercu.

Pierwszą nominację do nagrody Nike, dostaje „Apteka marzeń” Nataszy Sochy, Wydawnictwo Pascal.Recenzja.


To książka, która porusza do głębi. Sprawia, że człowiek przewartościowuje swoje priorytety. Zaczyna inaczej patrzeć na życie, na ludzi, na drobiazgi i momenty, które go otaczają. To powieść oparta w znacznej mierze na prawdziwych wydarzeniach, dlatego ma taki mocny wydźwięk. Gdyby była to fikcja literacka większość przeszła by obok i odłożyła na półkę. „Apteka marzeń” to dramatyczny scenariusz, które napisało życie. To trudna, ale i piękna opowieść o życiu i śmierci, o walecznych wojownikach i wojowniczkach, którzy odziani jedynie w pancerz wiary i wielowymiarowej miłości, nie poddają się na polu walki, padają na kolana, gięci bólem i strachem, ale podnoszą się i z dumnie uniesionym czołem stawiają czoła wrogowi. Tym wrogiem jest rak. Rak ma wiele twarzy i wiele imion – ale zawsze jest niszczycielem…
Jeśli nie zetknęliście się bezpośrednio z chorobą nowotworową, to poznacie całą bolesną prawdę o niej. „Apteka marzeń” przyniesie Wam wiele emocji, których się nie spodziewacie.
Natomiast Ci z Was, którzy niestety mają bądź mieli styczność z rakiem, przeżyją historię Oli i Karoliny, z podwójnie złamanym sercem, z podwójnym strachem, ale i z podwójną wiarą. 
 „Apteka marzeń” napisana życiem, chorobą, strachem, niezłomną walką i wielką miłością. Jest świadectwem na to, że bez wiary życie jest puste...bez niej człowiekowi nie zostaje nic.

Drugą nominację do nagrody Nike, dostają książki z serii „Kryminał pod psem” Marty Matyszczak. W cyklu ukazały się: „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” → Recenzja.,  „Zbrodnia nad urwiskiem” → Receznja.. Autorka książką „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” debiutowała właśnie w 2017 r. 



Cała seria należy do gatunku komedii kryminalnej. Jednakże autorka podeszła do tematu w sposób nowatorski i niesztampowy. Wiodącym narratorem jej powieści jest kundelek Gucio, który przygarnięty ze schroniska przez detektywa Solańskiego, staje się jego nieodzownym towarzyszem. Razem rozwiązują zagadki kryminalne, śledzą, tropią i wiodą zabawny żywot starych kawalerów.
Książki Marty Matyszczak są pełne humoru, dobrego i wyważonego języka, a fakt patrzenia na wszystko przez pryzmat oczu psiaka sprawia, że możemy przyglądać się światu z zupełnie innego punktu widzenia. Co więcej poprzez wypowiedzi i komentarze Gucia – autorka bezpardonowo ale z dozą dozą humoru i zgryźliwości zwraca uwagę czytelnika na problemy społeczne naszego kraju.
Niewybredny psi język oraz psie spojrzenie na poczynania dwunogów nadaje książce zupełnie innego wymiaru i niepowtarzalny charakter - zwłaszcza kiedy człowiek uświadamia sobie, tę zabawną ale najprawdziwszą prawdę, że dla naszych kochanych psiaków – jesteśmy jedynie sraluchami, niewiele wiedzącymi o życiu :) 

Post jest wpisem konkursowym.
W ramach konkursu "Twoje nominacje do Nagrody Nike",
 którego organizatorem jest księgarnia Nieprzeczytane.pl!  

"Do jutra w Amsterdamie" Agnieszka Zakrzewska



DO JUTRA 

W AMSTERDAMIE

Autor: Agnieszka Zakrzewska
Wydawnictwo: Edipresse Książki

„Do jutra w Amsterdamie” Agnieszki Zakrzewskiej weszła na rynek wydawniczy 15 lutego 2018 roku. Pierwsze co zwraca uwagę czytelnika to piękna okładka, nie da się jej nie zauważyć :) stary rower, kobieta w zwiewnej spódnicy siedząca na schodach kamienicy i kwiaty, które są jedną z pasji autorki (wydała wcześniej książkę o tematyce florystycznej), zwyczajnie czuć przygodą na kilometr.
Jakie przesłanie odkryłam w tej powieści? Co takiego autorka chciała przekazać swoim czytelnikom pisząc „Do jutra w Amsterdamie”?

Bezrobotna dziennikarka Agnieszka pewnego wieczoru odbiera telefon z propozycją od swojej mieszkającej w Holandii siostry Julii. Ma ją zastąpić na parę miesięcy, pracując jako gospodyni domowa i podreperować swój nadwyrężony budżet. Agnieszka bez wahania wyrusza w podróż. Na miejscu okazuje się, że siostra zniknęła w tajemniczych okolicznościach, a rolę przewodnika po holenderskiej rzeczywistości przejmuje jej przyjaciel, czarnoskóry Prosper, emigrant z Senegalu. Agnieszka zaczyna pracę w rezydencjach zamożnych Holendrów. Powoli nawiązuje nowe znajomości, przyjaźnie wreszcie poznaje miłość swojego życia. Na jaw wychodzą też okoliczności zniknięcia Julii. Okazuje się, że wplątała się w międzynarodową aferę przemytniczą i musiała uciekać…

„Do jutra w Amsterdamie” to powieść idealna na czerwiec. To okres kiedy studenci zaliczają ostatnie egzaminy w sesji, to również czas, w którym wiele osób zmienia swoje życie, otwierając nowe drzwi i idąc nieznanymi szlakami.Wyjazdy, wyjazdy, wyjazdy...na urlop, na wczasy, za pracą...
Tak też zaczyna się powieść – Aga, główna bohaterka wyjeżdża do Holandii, opuszcza swoje bezpieczne i znane środowisko w Polsce, wkracza do świata którego kompletnie nie zna. Nie zna języka, nie wie co ją czeka, nie zna tam nikogo, poza swoją siostrą, której niestety nie zastaje na miejscu. Szok! Sytuacja absolutnie nie do pozazdroszczenia. Aga musi stawić jej czoła, czy jej się to podoba czy nie. Z pomocą przychodzi jej Prosper – senegalczyk, któremu musi zaufać, bo to jedyne ogniwo łączące ją z zaginioną siostrą.

Autorka ma lekki sposób pisania, powieść dobrze mi się czytało i sprawiła mi ona wiele przyjemności, nie tylko za sprawą ciekawych zdarzeń, które miały miejsce, ale również dlatego, że Agnieszka Zakrzewska nie stroni od żartów i komizmu sytuacyjnego. Nie raz śmiałam się pod nosem, czytając o perypetiach Agi i z satysfakcją wizualizowałam sobie określone sytuacje.
W powieści znajdziecie również interesujący wątek kryminalny, który stanowi tło do pewnych wydarzeń z życia Julii – siostry Agnieszki i ukochanej Prospera. 

Mimo, że akcja rozgrywa się na emigracji, nie zabrakło w niej rodzinnego, domowego ciepła. A duża dawka przyjaźni jaką nasączona jest cała powieść, sprawia, że czytelnika obejmuje pokrzepiające uczucie rodzące się w jego świadomości, że przyjaciół można znaleźć wszędzie, a ludzie w każdym kraju mogą stać się nam niesamowicie bliscy. Autorka podkreśla to bardzo wyraźnie, bo to co łączy ludzi to nie kraj, ten sam język czy tradycje – to zwyczajnie ludzka potrzeba przynależności do społeczeństwa, jego mniejszej lub większej grupy. A to z kolei dowodzi temu, że człowiek jako jednostka nie jest w stanie zajść tak daleko, jak przy pomocy innych. W moim odczuciu, autorka przemyciła tym samym twierdzenie, że otwartość na innych, dobre serce i bezinteresowność potrafią przenosić góry, a Ci co nie są tego świadomi i widzą jedynie własny czubek nosa – nigdy nie osiągną pełni szczęścia i sukcesu. 


Agnieszka Zakrzewska w swej powieści porusza wiele istotnych społecznych bolączek, są to między innymi: rasizm, bezrobocie zmuszające ludzi do emigracji, nieuczciwość zagranicznych pracodawców, a co za tym idzie jawny wyzysk ludzi, zahacza również w delikatnym stopniu o handel żywym towarem. To moim zdaniem podstawowe problemy, z którymi boryka się wiele państw bez znaczenia czy jest to Holandia, Polska, Anglia czy Niemcy, wszędzie można się z tym zetknąć w szerszym lub w węższym stopniu. To, że autorka porusza owe negatywne aspekty, sprawiło, że powieść nabrała rumieńców i realizmu. Dzięki temu czytając o trudnych warunkach mieszkaniowych i ciężkiej pracy emigrantów, czytelnikowi, który nigdy nie miał do czynienia z wyjazdem „za chlebem”, nie raz i nie dwa spadną klapki zaciągnięte na oczy. Bo przecież nie zawsze emigracja jest dobrowolną decyzją, często jest to podyktowane sytuacją życiową, która zmusza ludzi do szukania lepszego życia poza granicami państwa, ciężkiej pracy często nieadekwatnej z wykształceniem.  Autorka zwraca dużą uwagę, na tęsknotę emigrantów za rodzinnymi stronami, jak bardzo utożsamiają się oni z własnymi korzeniami będąc na obczyźnie. Dopiero wówczas znaczenia nabiera to, co wcześniej było nieistotne.


„Do jutra w Amsterdamie” to także powieść o miłości – jej poszukiwaniu i utracie, o tym że przychodzi ona niespodziewanie, często spada na nas jak grom z jasnego nieba i równie często zostaje nam nagle odebrana z różnych względów. Nie ma sensu szukać jej na siłę, sama przyjdzie. Grunt to dostrzec ją w odpowiednim momencie i otworzyć się na nią, być jej wiernym na zawsze. Ogromnie ujęła mnie historia babci Annemarie i Etienne’a – tak po prawdzie to łzy miałam w oczach ilekroć poznawałam ciąg dalszy tej wielkiej nieskończonej miłości, która przejawiała się często w drobiazgach pełnych czułości i dobroci.
Autorka porusza również inne płaszczyzny tego uczucia, opowiada historię miłości rodzeństwa, które zrobi wszystko, by być razem. Mówi o miłości do przyjaciół – tak! nie mówię bynajmniej bez składu i ładu, przyjaźń to jedna z wielu twarzy miłości. Autorka snuje i wplata między wierszami także miłość do kraju, zarówno tego z którego pochodzimy, ale też tego który staje się często naszą drugą ojczyzną. Uświadamia czytelnikowi, że kraj urodzenia nie musi być jedyną ojczyzną świadomego i dojrzałego człowieka. Tam dom nasz, gdzie nasze serce.

„Do jutra w Amsterdamie” to również niezwykła podróż do stolicy Holandii. Za pomocą plastycznych opisów i szczegółowej, obrazowej perspektywy, możemy poznać Amsterdam. Autorka opisuje jego wady i zalety, bez przebarwień i zbędnych zachwytów. Czułam się tak, jakbym to ja przemykała rowerem po ulicami tego miasta i zaglądała w jego przeróżne zakamarki. 
Autorka wplątała w dialogi holenderskie wypowiedzi – chociaż zwykle mnie to szalenie denerwuje w powieściach, to tym razem mi to nie przeszkadzało, było to wręcz interesujące doświadczenie, być może ze względu na specyficzność tego języka.


Powieść Agnieszki Zakrzewskiej to książka, którą, moim zdaniem, warto przeczytać. Nie jest sztampowa i nie jest przewidywalna. Jest pełna ciepła, humoru i z nutą tajemnicy. To wszystko razem sprawiło, że spędziłam przy tej lekturze kilka przyjemnych poranków i wieczorów.
Z chęcią sięgnę po drugą część przygód Agnieszki. Ciekawi mnie co będzie dalej.
Czy Aga wróci do Polski na stałe?
A może Stijn ruszy w pogoń za nią i zatrzyma ją przy sobie nim opuści granice Holandii?
Ciekawi mnie, czy spotkam ponownie przezabawnych braci Daltonów i uroczą Bożenkę?
Co dalej z Prosperem i Julką?
Jak poradzi sobie Jan bez Anneke, kiedy ta zajmie się swoją powiększoną rodziną?

Kochani, cóż mogę rzec...po prostu „Do jutra w Amsterdamie”.

Za możliwość przeżycia tej niezwykłej przygody na emigracji dziękuję 
autorce Agnieszce Zakrzewskiej.
Oby słowa dedykowane mi z serca miały wielką moc sprawczą :) 


Wypożycz na w.bibliotece.pl

poniedziałek, 4 czerwca 2018

"Biuro M" Magdalena Witkiewicz & Alek Rogoziński



BIURO M

Autorzy: Magdalena Witkiewicz & Alek Rogoziński
Wydawnictwo: FILIA


„Biuro M” to już druga książka napisana w tandemie przez Magdalenę Witkiewicz i Alka Rogozińskiego. Poprzednia „Pudełko z marzeniami” przyniosło mi ogrom ciepłych emocji oraz mnóstwo dobrego humoru, a to z kolei równa wielkiej dawce endorfin.
Na końcu recenzji „Pudełka z marzeniami” (recenzja -> "Pudełko z marzeniami" ) wyraziłam swoje nieśmiałe życzenie, by napisali jeszcze jedną książkę w duecie, która byłby w sam raz na wakacje.
Kiedy zatem na światło dzienne wyszło, że ukaże się kolejna wspólnie napisana powieść buzia śmiała się sama. Marzenia się spełniają! A ja z radością i odwagą przekroczyłam progi „Biura M”.

On - życiowy pechowiec. Czego się nie tknie, zamienia w katastrofę. Na szczęście, zawsze może liczyć na pocieszenie w kobiecych ramionach.
Ona - kiedyś całkiem ładna dziewczyna, dziś ukryta pod kilkoma warstwami szaroburych swetrów i strasząca wiecznie naburmuszonym wyrazem twarzy. Nie wierzy w miłość i związki. Jedynym mężczyzną w jej życiu jest pozbawiony męskości kot.

Oboje zaczynają pracę w biurze matrymonialnym, prowadzonym przez szefową z piekła rodem. I choć wydaje im się, że ich zajęcie będzie miłe, proste, a nawet nieco nudne, to szybko przekonują się, że kojarzenie par to wyjątkowo trudne zadanie. I że można przy nim nie tylko przeżyć przygody jak z filmu grozy, to jeszcze nabrać wątpliwości, czy w dzisiejszych czasach romantyzm to coś więcej niż tylko hasło w słowniku...

„Biuro M” mieści się w Miasteczku. Tym razem poznajemy innych jego mieszkańców, chociaż nie brakuje postaci poznanych wcześniej, w ten sposób  ponownie spotykamy – np. panią Wiesię, Malwinę i Michała prowadzących restaurację „Nad świętym Ekspedytem” oraz rezolutną i mocno wygadaną Kalinkę.
Nowi bohaterowie wiodą jednak prym w tej powieści. Są skrojeni idealnie, nie brak im zalet, ale mają również mnóstwo wad i problemów. Często najpierw działają, a dopiero potem myślą, co wpędza ich w zabawne perypetie i równie często pakuje ich w tarapaty. 

Głównymi postaciami są: Basia – właścicielka zblazowanego kota Puszysława, która chowa się przed światem mężczyzn pod warstwami szerokich ciuchów i sierścią czworonoga, oraz Jacek – życiowy pechowiec, taki, co to ledwo się czegoś tknie a już ambaras wisi w powietrzu.
Przez „Biuro M” przewija się jeszcze wiele barwnych postaci, które nadają tej książce niesamowitego klimatu. Jest romantycznie, nostalgicznie i komicznie. Pan Waldemar od ziółek skradł moje serce, wróżka Nasiha – jest niesamowita :), natomiast słowne potyczki tych dwojga są doprawdy wyjątkowe i nie sposób się nie śmiać. A do kompletu jest jeszcze Krystyna – ekscentryczna właścicielka tytułowego „Biura M”.


Magdalena i Alek stworzyli po raz kolejny istną plejadę postaci, które są niesztampowe, wyjątkowe a jednocześnie są tak bardzo ludzkie i swojskie, że odnosiłam wrażenie, że jak tylko wyjdę z domu, to za rogiem mogę przez przypadek wpaść na którąś z nich, i nie byłoby w tym nic dziwnego.

„Biuro M” jest przepełnione ciepłem i bardzo dobrym humorem, jest pełne dystansu do świata i ludzi, z przymrużeniem oka traktuje fatalne zbiegi okoliczności, a i potrafi nie raz spaść na cztery łapy niczym kot.
Duet autorski – jak widać potrafi zdziałać cuda, oboje nie oszczędzają swoich bohaterów, sprawiają, że ich życie nie biegnie bynajmniej prostą drogą. A robią to w tak przeuroczy i zabawny sposób, że nie da się od książki odejść. Śmiałam się do łez, miałam niekontrolowane wybuchy głośnego śmiechu, ale i powzruszałam się wiele razy, przeżywając wewnętrzne smutki bohaterów. 
Czytelne było dla mnie zacięcie kryminalne Alka – nie byłby sobą, gdyby afery grubej nie stworzył, a znajdziecie ich kilka w tej książce. Nikt wprawdzie nie został zamordowany (zapewne dzięki Madzi), ale czasem bywało o włos od tragedii. 
Wpływ Magdaleny również jesteśmy w stanie wyczuć, przede wszystkim wszechobecna strzała amora, która chociaż nie bez przeszkód, koniec końców znajduje drogę do kilku serc. Możecie zatem liczyć na szczęśliwe zakończenie, aczkolwiek co poniektórzy dostali porządną nauczkę :P (czego najpewniej dopilnował Alek).


„Biuro M” to powieść po brzegi naładowana dobrą energią i przezabawnymi sytuacjami, pełna dobrych myśli i otulająca magiczną nutą cudownego nastroju.
Ta lekka lektura fantastycznie uprzyjemni Wam zbliżający się wakacyjny czas. 
Jest idealna na letnie wieczory w ogrodzie, na plażę i nawet na długa jazdę pociągiem (zwłaszcza tam przyda się Wam tak olbrzymia dawka hormonów szczęścia). 

Stałych bywalców Miasteczka, na powrót do tej małej miejscowości nie muszę specjalnie namawiać, wiem że nie odmówią sobie tej przyjemności! :) 
Jeśli jednak nigdy tam nie byliście – to wybierzcie się koniecznie! 
Poznacie mnóstwo przesympatycznych osób! 
No i odwiedźcie „Biuro M” - może i Was w tym roku dopadnie strzała kupidyna! :)

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu FILIA.
Za herbatkę pana Waldemara również – przepyszna była! 

Magdaleno, Alku – chętnie wybrałabym się do Miasteczka ponownie :) 
Kochani pomyślcie zatem znów o tandemie! 


Znajdź na  w.bibliotece.pl 

niedziela, 3 czerwca 2018

"Sukces rysowany szminką" Anita Scharmach


SUKCES 
RYSOWANY 
SZMINKĄ
Autor: Anita Scharmach
Wydawnictwo: LUCKY

„Sukces rysowany szminką to już czwarta powieść, która wyszła spod pióra Anity Scharmach. Przeczytałam wszystkie jej poprzednie książki, jedna lepsza od drugiej, wszystkie pełne życiowych problemów, które wyskakują znienacka i siadają człowiekowi na ramiona. Co zatem Anita narysowała tym razem? Czym jest sukces? I dlaczego szminką nakreślony?

Niespełna czterdziestoletnia Julia to kobieta sukcesu. Wciąż piękna, inteligentna i bajecznie bogata. Od czasu, gdy jej narzeczony zginął w wypadku samochodowym mieszka sama, prowadząc niezależne życie singielki. Ambicji i determinacji Julii nie brakuje, więc szybko pnie się w górę po szczeblach kariery zawodowej. Dba o swój wizerunek, panując nad wszystkimi sferami własnego życia.
Przewrotny los jednak sprawi, że wkrótce ten luksusowy, uporządkowany kobiecy świat stanie na głowie. Co więcej, ten chaos nie będzie Julii nawet zbytnio przeszkadzał!

„Sukces rysowany szminką” przeczytałam za jednym zamachem. To taka powieść, przy której nie można się nudzić, posiada wielki ładunek emocjonalny, który chyba każda kobieta odbierze z ogromną empatią. 
Bo jak inaczej przejść obok śmierci i utraty bliskich? 
Jak pogodzić się z losem? 
Czy można być obojętnym na traumę małego dziecka? 
Moim zdaniem nie.
Łkałam więc bez opamiętania w chusteczkę, śledząc losy małej Matyldy i psiocząc na niesprawiedliwość losu jakiej się dopuścił wobec bezbronnego dziecka. Cierpiałam razem z nią i jej dziadkiem. Dokładnie wiem, jakie uczucia towarzyszą tym, co zostają po tej stronie świata, jak wielka wyrwa powstaje w sercu po utracie dwóch bliskich osób i to w bardzo krótkim czasie.
Anita Scharmach pod tym względem mocno doświadczyła swoich bohaterów i pokazała, że niezbadane są nasze koleje. I czasem może przyjść taki dzień, który położy kres bezpieczeństwu i wszystkiemu temu, co najbardziej kochamy.


"Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia 
- oj tak, zmieniają się priorytety, 
zmienia się światopogląd, zmieniam się i ja."

„Sukces rysowany szminką” to jednak powieść mówiąca nie tylko o smutku i wielowymiarowej samotności. To również historia o tym, że los często ma większą władze nad nami niż nam się wydaje. Podejmuje decyzje za nas, zmusza niejako do określonych działań, których skutków nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Autorka pokazuje czytelnikowi, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. A jeśli jest przyczyna, to jest i skutek. Delikatnie uświadamia, że życie zawsze ma sens, że jesteśmy na tym świecie po coś. Każdy ma ustalony zakres obowiązków i zadania do wypełnienia, chociaż nie zawsze wiemy o tym od początku naszej egzystencji. Bywa, że czasami z dnia na dzień stajemy przed faktem dokonanym i musimy zmierzyć się z rzeczywistością, która spada na nas niespodziewanie. Czyjeś działanie, czyjaś śmierć lub narodziny, mogą stać się punktem zwrotnym w naszym życiu, mogą przewrócić je do góry nogami, postawić wszystko na rzęsach, albo wymalować je szminką.

Najnowsza powieść Anity to również beczka pełna dobrego humoru. I nie chodzi tu tylko o zabawne dialogi, ale także o prześmieszne wpadki z życia bohaterów. Poszczególne fragmenty oddziaływały na moją wyobraźnię, a wizualizacje zabawnych sytuacji, przechodziły przez mój mózg niemalże bezwarunkowo. Te chwile pozwoliły mi na rozluźnienie, wyciszenie wcześniej nagromadzonych emocji, rozbrajały mnie, jak saper rozbraja tykającą bombę. W tych fragmentach widać, że autorka jest osobą mocno zdystansowaną wobec świata, potrafi w żart obrócić coś, co dla innych byłoby powodem do tzw. „zupy foch”. Potrafić śmiać się z siebie i szukać w drobnych wpadkach powodu do radości - a to wielka sztuka. Wierzcie mi, coraz mniej ludzi posiada tę umiejętność. Przy niektórych humorystycznych sytuacjach – zastanawiałam się nawet czy nie są one wzięte z prywatnego życia autorki? A to z kolei dowód na to, jak bardzo realistyczną fabułę wykreowała Anita Scharmach.

„Sukces rysowany szminką” to taka powieść, którą mogę śmiało określić, że jest „do tańca i do różańca”. Jest w niej wszystko to, co w dobrej powieści powinno być. Dobro, ciepło, miłość, przyjaźń. Są smutki i smuteczki, są tragedie. Jest dobry humor zarówno słowny jak i sytuacyjny. 

Znajdziecie w niej także wielką dawkę kobiecości, której kwintesencją nie są szpilki, szoping czy wielki biust...o nie! I chociaż szminki nie brakuje, bo w jej barwach odmalowany jest świat głównej bohaterki, to jednak autorka między wierszami cichutko podkreśla, że nie ważne czy kobieta jest „taka, śmaka czy owaka”, najważniejsze jest, by zawsze czuła się kobietą. Niezależnie od tego czy jest lepiej czy jest gorzej, bo wszystko i tak jest w naszych rękach. To my – kobiety malujemy usta i cały świat obdarzamy feerią różnokolorowych barw – i tych wizualnych, i tych duchowych. Tylko my możemy nadać kolory temu co szare i każdą porażkę przekuć w „Sukces rysowany szminką”.


Polecam Wam serdecznie – i niechaj nie zwiedzie Was plastycznie rysunkowa okładka :) bo nie znajdziecie pod nią przekolorowanej i przesłodzonej historyjki rodem z Harlequin’u. Pod tą niepozorną grafiką autorka ukryła powieść o (nie)zwykłej kobiecie dla (nie)zwykłych kobiet. Powieść o życiu, które bajką nie bywa, o Kopciuszku, który wcale kocmołuchem nie był, o dzieciach, kotach i księciu, który chociaż konie miał, to ratował ludzkie życie.
Sięgnijcie i przekonajcie się sami, odpowiedzcie sobie na pytanie czy można sobie wyrysować życie? Czy jest ono już dla nas z góry przez kogoś narysowane?

 Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Lucky. 

A Tobie Anitko dziękuję, za...wszystko! 
Za Twoje powieści, za ich głębokie treści. 
Za emocje, łzy na moich policzkach i uśmiech na ustach. 
Za wiarę! 

Wypożycz na: w.bibliotece.pl
Książka przeczytana została również w ramach Book Tour 2018
 organizowanym przez:  Promotorka Czytelnictwa oraz Autorkę Anitę Scharmach.