niedziela, 26 listopada 2017

"Dwanaście niedokończonych snów" Nataszy Sochy


DWANAŚCIE 

NIEDOKOŃCZONYCH SNÓW

Autor: Natasza Socha
Wydawnictwo: Pascal

„Dwanaście niedokończonych snów” Nataszy Sochy to kolejna publikacja proponowana na tegoroczny okres przedświąteczny.


Zimowy wieczór jest senny, magiczny i pełen cudów. Jak życie…
Momo ma dwadzieścia osiem lat i żyje w gorsecie własnych ograniczeń. Nie pije kawy, nie patrzy ludziom w oczy, nie kupuje kolorowych ubrań, boi się podróżować. Ma za sobą nieudane małżeństwo i skomplikowane relacje z ojcem. Jej światem jest sztuka – Momo projektuje biżuterię i meble z recyklingu.

I wtedy pojawiają się sny. Są jak pomost łączący noc z dniem. Próbują jej coś powiedzieć, kłują palcem, puszczają oko. Stają się pośrednikiem między Momo a prawdziwym światem, który ją otacza. Wyznaczają jej kolejne zadania, które musi wypełniać, żeby pójść dalej. Czas kończy się wkrótce...

Kim jest osoba, na którą podświadomie czeka? 

„Dwanaście niedokończonych snów” to moim zdaniem dość specyficzna pozycja na te święta. Dlaczego? Ano dlatego, że nie znajdziemy w niej pachnącej piernikami kuchni, nie będzie szału przedświątecznych przygotowań, nie ma w niej typowej świątecznej gorączki, która ogarnia cały świat od połowy listopada.

Cóż zatem autorka serwuje nam na te święta?
Dosłownie „Dwanaście niedokończonych snów”.

Każdy z nas ma sny. I co z tego powiecie? Sny jak sny. A może nie do końca?
„Sny to przypowieści. Zamknięte w metaforach, które każdy musi odczytać sam. To wędrowanie między światami, emocjami,między ty, co przeżywamy a podszeptami podświadomości. To pomost między istnieniem a myśleniem. Sny nie są tylko nic nie znaczącym obrazem, absurdalnym i pełnym nieścisłości. Po prostu trzeba chcieć je zrozumieć.”

Sny to główna myśl powieści, wokół których rozgrywa się cała akcja i dąży do z góry obranego celu.
Autorka uświadamia nam, że sny to nie jest tylko odreagowanie nagromadzonych w dzień emocji, które muszą gdzieś znaleźć ujście. To połączenie płaszczyzny fizycznej z duchową, a kiedy dochodzi do tego, że zaczynają się one przenikać czasami informują nas o czymś, co nas dotyczy. Robią to na różne sposoby, czasem wzbudzają w nas strach i lęk, czasem absurdalnie wplątują nas w zupełnie abstrakcyjne sytuacje, czasem wywołują w nas śmiech albo łzy. Ale zawsze chcą nam coś powiedzieć. Bo gdyby tak nie było, to każdy człowiek śniłby o tym samym.
Muszę przyznać, że faktycznie jest w tym sporo racji i bardzo mnie ten temat zaciekawił. Poświęciłam temu kilka dobrych dni, nim zasiadłam do napisania tej recenzji. Chciałam znaleźć w tej powieści głębszy sens, bo wydaje mi się, że z takim zamiarem pisała ją autorka.

Sama koncepcja powieści, poza snami, ma bardzo prostą i nieskomplikowaną fabułę, ot życie miewa dla nas różne scenariusze, czasem gorsze, czasem lepsze. Takie też było życie Momo – głównej bohaterki, jej matki oraz ciotki. Natasza Socha nie poskąpiła w tej historii odpowiedniej dawki humoru, a także sceptycznego podejścia do wielu spraw. Jak zawsze błyskotliwie i dosadnie odnosi się do szarej codzienności. Niezwykle ciepłe uczucia wzbudziła we mnie ciotka Rebeka. Jej wypowiedzi oraz podejście do życia – nie raz przyprawiły mnie o salwy głośnego śmiechu. Tej postaci zdecydowanie nie da się nie lubić. Sami się o tym przekonacie.

„Dwanaście niedokończonych snów” - to powieść pełna symboliki, której trzeba się doszukać. 
W pierwszym moim odczuciu, podczas czytania, trudno mi było powiedzieć, że jest to najlepsza powieść tej autorki. Pogmatwane sny, nieskomplikowana fabuła i do tego zakończenie niekoniecznie takie jakiego oczekiwałam. Tak jak wspomniałam wcześniej, zanim zasiadłam do pisania tej recenzji, długo się nad nią zastanawiałam. Bo jednak było coś takiego, co po przeczytaniu nie dawało mi spokoju.
Liczba dwanaście zawsze była symbolem doskonałości, niezmiennych cykli natury i życia, śmierci a także ponownych narodzin. Liczba dwanaście była bez wątpienia w oczach ludzi idealną jednostką miary czasu i przestrzeni - liczbą znaków zodiaku i kluczem do systemu dwunastkowego. Dwunastka zawsze była uważana za liczbę szczęśliwą i świętą.
12 godzin dnia i 12 godzin nocy, 12 miesięcy roku, 12 znaków zodiaku, 12 apostołów, 12 plemion Izraela, w apokaliptycznej wizji wieniec na głowie Niewiasty składał się z 12 gwiazd. Rzymianie na 12 tablicach z brązu spisali kodeks praw, 12 proroczych kamieni szlachetnych aż wreszcie 12 potraw na wigilijnym stole. Można by jeszcze długo tak wymieniać.
Zadałam więc sobie pytanie – Dlaczego „Dwanaście niedokończonych snów”?
Co takiego ważnego autorka ukryła pod symboliką tej liczby?
Aż w końcu dotarłam do sensu, który od początku nie dawał mi spokoju, a który nie był widoczny na pierwszy rzut oka.

Dwanaście niedokończonych snów” to nie jest cukierkowa, polana lukrem świąteczna opowieść. Mimo pozornie łagodnego charakteru, lekkiego pióra autorki czy prostej fabule – jest to powieść bardzo głęboka i skłania do refleksji. Przynajmniej ja nie mogłam po niej spać spokojnie, chciałam odnaleźć jej głębię.

Dwanaście niedokończonych snów” to powieść która zaburzy wasze postrzeganie świata, zatrzyma Was na chwilę podczas świątecznych przygotowań. Sprawi, że grudniowa gorączka, stanie się nieco mniej skupiona na doczesności.
Powieść ta jest bowiem w pewnym stopniu kodeksem – drogą do odnalezienia głębi własnego ja, własnej osobistej świadomości, którą codzienność spycha na boczne tory. 
Jesteśmy na co dzień jak Momo – zamknięci w szklanej kuli, bezpieczni ale czy szczęśliwi? 
 
Warto sięgnąć po „Dwanaście niedokończonych snów”, gdyż może się okazać, że przeczytacie o sobie samych więcej niż w jakiejkolwiek książce. To lustrzane odbicie wielu z nas, ukryte w symbolice liczb i naszej podświadomości. Zanurzcie się w swoich snach. „W łóżku nie tylko się śpi. W łóżku człowiek przechodzi psychoanalizę, choć często zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy.”

Myślę, że „Dwanaście niedokończonych snów” Nataszy Sochy to nasze przedświąteczne katharsis! Uwolnienie cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń. Odnalezienie siebie i odpowiedniego kierunku, w którym powinno iść nasze życie.
A święta to jak najbardziej odpowiedni czas na podjęcie takich działań wobec siebie i wszystkiego co nas otacza.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Pascal.


Wypożycz na w.bibliotece.pl

sobota, 25 listopada 2017

"Hotel pod Jemiołą" Richard Paul Evans


HOTEL 

POD JEMIOŁĄ

Autor: Richar Paul Evans
Wydawnictwo: Znak Literanova

„Hotel pod Jemiołą” to jedna z wielu tegorocznych propozycji wśród literatury świątecznej. Jak wiecie rzadko sięgam po zagranicznych autorów, a jednak ta pozycja skusiła mnie, nie będę tu oszukiwać, ze względu na swój świąteczny charakter. Wcześniej nie miałam okazji do zapoznania się z powieściami autorstwa Evansa, więc tak naprawdę, nie wiedziałam co otrzymam w środku.
Jedyne co przychodziło mi do głowy to skojarzenie z jemiołą, a mnie osobiście ona kojarzy się z obietnicą, czymś dobrym. To symbol spełniających się marzeń, amulet miłości, szczęścia i powodzenia. Czy o tym samym, co ja, myślał Richard Paul Evans pisząc swoją powieść?


Nawet w najbardziej szarym życiu może zdarzyć się historia jak z najpiękniejszej powieści.

Kimberly prawie się poddała. Śmierć matki, dwukrotnie zerwane zaręczyny i nieudane małżeństwo sprawiają, że nie wierzy już w szczęście. Pozwala sobie tylko na jedno marzenie – pragnie napisać powieść o miłości.

W urokliwym hotelu "Pod Jemiołą" organizowany jest kurs dla początkujących pisarzy. Kim poznaje tam tajemniczego Zeke’a, z którym nawiązuje wyjątkową więź. Taką, jaka zdarza się tylko ludziom, którzy podobnie patrzą na świat.

Czy przypadkowe spotkanie będzie dla Kimberly początkiem wielkich zmian?
Czy do najważniejszej powieści – jej własnego życia – los dopisze szczęśliwe zakończenie?

"Hotel pod Jemiołą" to wyjątkowy prezent od Richarda Paula Evansa. Tym razem bestsellerowy autor przypomina, że jeśli nie tracimy wiary, najlepsze lata naszego życia są zawsze przed nami.

Główna bohaterka powieści to Kim – bardzo ją polubiłam, mogę powiedzieć, że była to przyjaźń od pierwszego przeczytania. Kimberly jest pod wieloma względami podobna do mnie – nieudane związki, nieudane małżeństwo, pisanie książki – tak, to z pewnością nas łączy.

Bardzo zaciekawił mnie wprowadzony do powieści przez autora kurs dla początkujących pisarzy :) z chęcią sama bym się tam wybrała. Myślę, że pomiędzy wierszami R.P. Evans celowo umieścił wszystkie wskazówki, które młodemu niewydawanemu pisarzowi z pewnością się przydadzą. Ja sobie je wszystkie zaznaczyłam i mocno wzięłam do serca. A nóż się przydadzą! :)

„Hotel pod Jemiołą” Richarda Paula Evansa to pełna ciepła i marzeń opowieść o życiu. To historia o dążeniu do celu do spełniania swoich marzeń i do odnalezienia samego siebie. Bo czasami pod wpływem zdarzeń losu czy też czyichś działań zamykamy się w sobie, stajemy się nieufni nie tylko wobec innych ale i wobec tego co nas czeka. Robimy więc zapobiegawczo jeden krok do przodu i dwa do tyłu. Tymczasem Richard Paul Evans w powieści „Hotel pod Jemiołą” pokazuje nam, że jeśli tylko uchylimy rąbka naszego jestestwa to świat zacznie się do nas uśmiechać, otwierać do nas ramiona...a za rogiem może czeka na nas przeznaczenie.

„Hotel pod Jemiołą” to powieść napisana bardzo prosto i przejrzyście, ale też z nutą poetyckiego kunsztu, trafia do czytelnika od początku i nie można się oderwać od stron, bo akcja nie ma czasu na zatrzymywanie się. Kimberly jest na kursie, zbliżają się święta Bożego Narodzenia, jest tyle do zrobienia…a tu jeszcze tajemniczy i przystojny mężczyzna wkroczył na drogę bohaterki...Ach...Moja dusza piała z zachwytu. Nie zabrakło oczywiście zwykłych życiowych problemów, rozterek ukrytych na dnie serca, strachu przed utrata najbliższych...Autor zafundował na w tym przedświątecznym okresie prawdziwy wachlarz emocji – które wiodą nas przez stronice jak wiatr wiedzie puszyste płatki śniegu.

W „Hotelu pod Jemiołą” znalazłam nie tylko kilka cudownie spędzonych wieczorów, ale coś więcej, choć trudno to określić jednym zdaniem. Przede wszystkim wstąpiła we mnie nadzieja, że marzenia da się spełnić, pracując nad nimi, oczywiście i bez dwóch zdań. Te wszystkie porady, które autor poukrywał w swej powieści, może nie dla wszystkich odbiorców okażą się punktem godnym odnotowania, ale dla mnie mają one ogromne znaczenie.
Po drugie – wizyta w „Bożonarodzynkowie” to była dla mnie cudowna podróż, niesamowity klimat i autentycznie mogłam poczuć zapach cynamonu i prażonych słodkich orzechów ze straganu.
Po trzecie i tym razem już najważniejsze – główne przesłanie jakie autor od początku do końca powtarza jak mantrę:
Pamiętajcie, że najlepsze lata są wciąż przed nami i od nas zależy, jaki znak interpunkcyjny zakończy ostatnie zdanie historii naszego życia.
Myślę, że w końcu wiem jaki znak postawię ja przy najbliższym rozdziale swojego życia. 

Na końcu powieści autor wypowiedział głośno to, co od dawna wiem, Jednak albo czasami o tym zapominam, albo tylko ja daje to o czym pisze Evans. A to bardzo ważne, by nie zapominać! Tak samo jak ważne jest, by w porę zobaczyć czy druga osoba robi tak samo.

„...podstawą szczęśliwego związku nie jest namiętność – przynajmniej nie związków opisywanych w romansidłach.
Prawdziwa miłość nie polega na pożądaniu osoby, ale pragnieniu jej szczęścia – czasami nawet kosztem własnego.
Prawdziwa miłość to nadzwyczajna wyrozumiałość i troska, to czynne dążenie do dobrostanu ukochanej osoby.
Wszystko inne to po prostu maskowanie własnych egoistycznych pragnień.”

Zdecydowanie Richard Paul Evans pisząc „Hotel pod Jemiołą” miał takie samo skojarzenie z jemiołą jak ja. Dał początek czemuś nowemu, przyniósł wiarę, nadzieję, zapowiedź szczęścia i faktycznie jemioła okazała się amuletem miłości.

„Hotel pod Jemiołą” Richarda Paula Evansa to powieść idealna na zimowe wieczory w zaciszu domowego kocyka i z parującym kubkiem gorącej czekolady. Otuli Was ciepłą poezją uczuć i emocji. Wleje w Was żar i pragnienie do bycia i tworzenia, do zmian, do niezapominania o sobie i o tych najbliższych. Powieść otoczy Was stronami jak ramionami i wspaniale wprowadzi Was w świąteczny nastrój. Ujmie Was swoją szczerością i czułością do tego stopnia, że przy końcu z żalem stwierdzicie, że to koniec.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie, ciepło i przed świątecznie 
dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova. 

Wypożycz na w.bibliotece.pl

sobota, 18 listopada 2017

"Pensjonat pod świerkiem" zbiór opowiadań świątecznych


PENSJONAT 

POD ŚWIERKIEM

Opowiadania do zbioru napisali:
Agnieszka Lingas-Łoniewska
Magdalena Knedler
Adrian Bednarek
Jolanta Kosowska
Nina Reichter
Daniel Koziarski
Anna Kasiuk
Anna Szafrańska
Wydawnictwo: Novae Res

„Pensjonat pod świerkiem” to zbiór czternastu opowiadań świątecznych napisanych tak, że każdy z autorów zachował swój styl pisania, zachowując przy tym wspólny mianownik jakim jest ukryty w lesie Pensjonat pod świerkiem oraz osoby, które go prowadzą – Ewa i Gabriel oraz pan Józef. Każde z opowiadań to odrębna, niezależna historia, można więc je czytać po kolei a równie dobrze można zacząć od swojego ulubionego autora :)

Do ukrytego w Tatrach, zasypanego śniegiem Pensjonatu pod Świerkiem przybywają na święta kolejni goście. Każdy z nich przywozi własną historię. Na miejscu wita ich para właścicieli, którzy – niczym anioły – przyjmują pod swoje skrzydła życiowych rozbitków. Czy ich dobroć i życzliwość wystarczy, by wydobyć z człowieka to, co w nim najlepsze, i jednocześnie uchronić od tego, co złe?
Pensjonat pod Świerkiem to zbiór nastrojowych opowiadań stworzonych przez lubianych autorów specjalnie na magiczny czas świąt Bożego Narodzenia. Do czytania nie tylko przy kominku, z kubkiem aromatycznej herbaty w dłoni, w towarzystwie bliskich osób i… pierniczków.


Z twórczością niektórych autorów np. Magdalena Knedler i Agnieszka Lingas – Łoniewska spotkałam się wcześniej, natomiast pozostali współautorzy antologii byli dla mnie tajemnicą, nie wiedziałam zatem tak do końca czego się mogę spodziewać po ich stylu, preferencjach i czy w ogóle trafi do mnie ich pióro.

„Pensjonat pod świerkiem” przeczytałam tak szybko, że sama byłam zdziwiona, a potem zrobiło mi się nawet przykro, że to już koniec. Tyle emocji, tyle odczuć, które towarzyszą czytaniu mogę porównać tylko do zmieniającej się za oknem pogody. Było słońce, ciepło, radość, nadzieja, łzy, wzruszenie. Nie zabrakło też odrobiny strachu, złości, współczucia czy zaskoczenia.
Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem, głównie dlatego, że autorom o tak różnorodnym stylu pisania i tematyce, udało się stworzyć wspólnie naprawdę wyjątkowy tomik opowiadań.
Każda opowieść to inna koncepcja, inny sposób postrzegania świąt, inna wizja. Jedne są pełne ciepła i miłości, tęsknoty, skłaniają do refleksji nad tym, co w życiu najważniejsze, co utracone, a co jeszcze można naprawić i odzyskać. Inne opowiadania pokazują, że nawet w święta życie potrafi być pokręcone, a los śmieje się w twarz i nie daje wytchnienia od problemów.

A wszystko to, łączy jedno miejsce – magiczny Pensjonat pod świerkiem, wypełniony po same drzwi domową świąteczną atmosferą, gdzie goście są jak rodzina, gdzie Ewa i Gabriel – są jak dobre anioły i duchy, ofiarujące zrozumienie, niosące pocieszenie i dobre rady. 
Czas w tym niesamowitym miejscu, zatrzymuje się, dla jednych dosłownie, dla innych po to, by dać im chwilę na poprawienie swojego życia. 
To miejsce, do którego bohaterowie opowiadań przybywają, gdyż sami tego chcą, a innych przyciąga tam ślepy los. Czy dla wszystkich ukryty przed światem, głęboko pośród tatrzańskich lasów Pensjonat pod świerkiem okaże się tym właściwym miejscem, we właściwym czasie?
Cóż – no akurat tego Wam nie zdradzę :)
„Pensjonat pod świerkiem” to zaczarowane miejsce, które przyciąga jak magnes. Podczas czytania nasunęło mi się skojarzenie, że wszystkie drogi prowadzą do Pensjonatu pod świerkiem!
Czy istnieje naprawdę? Czy może jest tylko taką bramą do świata tego, co człowiek nie jest w stanie ogarnąć umysłem?
Pensjonat pod świerkiem budzi w niektórych uśpione uczucia, przypomina im o tym, co wartościowe jest w życiu, co trzeba zrobić, by podążyć właściwą ścieżką. Koi ich ból po stracie bliskich, wycisza, pomaga zrozumieć, że czasem trzeba pogodzić się z życiem i z bliskimi.
W innych zaś wywołuje to, czego się nie spodziewacie. Coś, co może Was zaskoczyć podczas czytania. Ale przecież okres świąteczny działa dokładnie tak samo! Ludzie wariują!
Święta wywołują nadmiar emocji, wyciągają z ludzi to, czego mają w sobie najwięcej i nie zawsze są to te najcieplejsze z ciepłych uczuć. A trzeba nam przecież i o tym pamiętać, kiedy siadamy do wigilijnego stołu – że gdzieś obok nas mogą być Ci, którzy Nas potrzebują, którym trzeba pomóc, a nie tylko skupiać się na własnym talerzu. Bo może pod ich dachem górę biorą te gorsze emocje.

„Pensjonat pod świerkiem” to zbiór, który przyniesie Wam mnóstwo śniegu, szczypiącego mrozu, wiatru i nocnych śnieżnych zawiei. Zapach żywej choinki i ciepło płynące z płonących polan w kominku. A z kuchni rozniesie się aromat rozgrzewającej herbaty, kawy i gorącej czekolady, smakowitych pierożków, szarlotki i pierników. 

„Pensjonat pod świerkiem” przeniesie Was do tajemniczego miejsca, w którym tak naprawdę wszystko jest możliwe. Dlatego jeśli jeszcze do tej pory zastanawialiście się, czy warto otworzyć drzwi i wyruszyć w drogę do pensjonatu, to nie zwlekajcie. Przyjmie Was z otwartymi ramionami, tak jak każdego zbłąkanego podróżnika.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Novae Res. 
 
Autorom zaś pragnę podziękować za stworzenie unikatowej antologii, po którą sięgnę jeszcze nie raz.

Wypożycz na w.bibliotece.pl

czwartek, 16 listopada 2017

"Lustereczko powiedz przecie" Alka Rogozińskiego


LUSTERECZKO

POWIEDZ

PRZECIE

Autor: Alek Rogoziński
Seria: Róża Krull na tropie (tom 2)
Wydawnictwo: Filia

„Lustereczko powiedz przecie” Alka Rogozińskiego to już piąta pozycja na rynku wydawniczym, która wyszła spod pióra Księcia Komedii Kryminalnej.
Bardzo chciałam ją przeczytać i mieć, poczuć znów ten niesamowity pęd endorfin podczas czytania. I pewnego wieczoru czekała na mnie niespodzianka…:)
„Lustereczko...” trafiło w moje łapki wraz z dedykacją, za którą serdecznie dziękuję.
Chcecie się dowiedzieć czy „Lustereczko powiedz przecie” okazało się kolejnym białym krukiem w twórczości Alka Rogozińskiego?

Znana autorka powieści kryminalnych Róża Krull jest świadkiem samobójstwa jednego z uczestników konkursu Mister Polonia. Wkrótce okazuje się, że nie miał on żadnego powodu, aby zdecydować się na tak desperacki czyn. Zaintrygowana Róża rozpoczyna śledztwo i szybko przekonuje się, że w świecie facetów, którzy wiedzą o kosmetykach i modzie więcej niż ona sama, znajdują się też psychopaci, gotowi na wszystko, aby tylko zdobyć tytuł Najprzystojniejszego Polaka Roku...
"Lustereczko, powiedz przecie" to drugi tom przygód Róży Krull i dwójki jej przyjaciół, a zarazem współpracowników – menadżerki Betty i PR-owca Pepe. Tym razem w rozwiązaniu zagadki kryminalnej pomaga im też sam Mister Polski, Rafał Maślak. W przygotowaniu kolejne tomy! 

„Lustereczko powiedz przecie” ma w sobie wszystko to, czego się spodziewałam. 
Nieodzowna składnica humoru, świetny lekko prześmiewczy styl pisania i wyrażania myśli, intrygująca zagadka kryminalna i oczywiście bardzo dobre dialogi. To jest dokładnie to, czego chcę sięgając po powieści Alka Rogozińskiego. 

Głównej bohaterki – Róży Krull – nie trzeba przedstawiać, znamy ją z pierwszego tomu pt. „Do trzech razy śmierć”. Pisarka kryminałów z ogromnym talentem do pakowania się w kłopoty i zabawne sytuacje. Walcząca z własnymi kompleksami, marząca o wielkiej miłości, lecąca przez życie jak wełniany motek, plącze się to tu, to tam.
Pisarce towarzyszą bohaterowie, których dobrze znamy z poprzedniej książki: Pepe, Betty oraz komisarz Darski. Jest też cała masa nowych świetnie wykreowanych postaci, w tym moją największą sympatię wzbudziła pani Jodełka oraz Mario (rewelacyjne osobowości, choć tak diametralnie różne od siebie, aż szkoda mi było, że pani Cecylia nie miała przyjemności spotkać Mario – byłoby to bardzo ciekawa scena :)

W „Lustereczku...” Róża zupełnie przypadkiem, a może i nie, trafia w sam środek targowiska męskiej próżności, czyli na wybory Mistera Polonii.(nie powiem sama bym chętnie wpadła w ten kompot :P).
Wiecie co to znaczy? Znając skłonności Róży ciśnie mi się na usta jedno zdanie: „Ot, popadli my w kałabanię. Ot, zagrzęźli my, a czort karty rozdaje.

I faktycznie rozdaje. Nic nie jest takie, jakie się na pierwszy rzut oka zdaje, każdy ma coś za uszami, żeby nie powiedzieć, że na twarzy wyłożone :)
Tym razem autor wziął na tapetę kulisy wyborów tego najpiękniejszego, który może zdobyć tytuł Mistera Polonii. Poznajemy kandydatów, ich motywacje, pragnienia, a przy okazji dowiadujemy się też, że nie wszyscy grają „fair play”. Co jak się zapewne domyślacie musiało doprowadzić do zawiłej i zaskakującej w rezultacie historii. 

 Alek Rogoziński ma niepodważalny talent do tworzenia komicznych sytuacji, a przy tym potrafi tak dobrze zamieszać fabułą i poplątać zdarzenia, że trudno mi było pomiędzy wybuchami śmiechu skupić się na znalezieniu winnego. Chociaż bardzo się starałam, to udało mi się to tylko w połowie, a na koniec mogłam jedynie pokiwać głową nad niespodziewanym rozwiązaniem. :) I wiecie co? Bardzo to lubię! Lubię kiedy treść jest niesztampowa i prowadzi mnie na manowce, w tym przypadku był to średniowieczny pałacowy wychodek (płakałam ze śmiechu, a serce biło mi szybko, z obawy czy nie utknę w otworze i nie sczeznę w tym zapomnianym przez wszystkich miejscu na sto lat).
Alku nie wiem skąd czerpiesz te fantastyczne pomysły – ale czerp dalej! :)

„Lustereczko powiedz przecie” to lektura idealnie nadająca się dla wszystkich, którzy chcą oderwać się od szarej, często zbyt poważnej rzeczywistości. Gwarancja dobrej zabawy!
Jeśli więc lubicie wysublimowany pełen ironii humor, a przy tym fascynujecie się dobrze skonstruowanymi zagadkami kryminalnymi, to nie będziecie się mogli oderwać od tej książki.

Chcecie się dowiedzieć kto trenuje, by zaciągnąć się do obrony terytorialnej?
Ciekawi Was jaką rolę w śledztwie Róży odegrał były Mister Polski, Rafał Maślak?
Kim jest Mario i za co go polubiłam?
Co takiego zrobiła Cecylia Jodełka z mieszkaniem Róży?
Co gęsi owsiane z Kołudy robiły w powieści?
Kto i dlaczego eliminował najpiękniejszych?

Ta książka to kolejny kryminalny „must have” do Waszych biblioteczek! 

„Lustereczko powiedz przecie” ofiaruje Wam kilka dni niesamowicie przedniej zabawy i dostarczy Wam tylu endorfin, że wszystkie zmarszczki świata znikną :) myślę, że sam Mario byłyby tym efektem zachwycony.
W moim przypadku było to kilkanaście fantastycznych godzin, spędzonych w towarzystwie Róży i jej teamu. Dla mnie książki Alka zdecydowanie zbyt szybko się czyta! :)
Czekam zatem niecierpliwie do kolejnego spotkania!

Ciekawa jestem czy „Fatalna korekta” w końcu stanie się uchwytna?
Czy też może w tzw. międzyczasie, przewrotny los rzuci nas wraz z Różą w środek zupełnie innej, niespodziewanej „kałabani”?

Za egzemplarz do recenzji cieplutko dziękuję samemu Alkowi Rogozińskiemu :)
To była niesamowita przygoda i chcę więcej :) 




Wypożycz na w.bibliotece.pl

niedziela, 12 listopada 2017

"Światło w cichą noc" Krystyny Mirek


 ŚWIATŁO 


CICHĄ NOC

Autor: Krystyna Mirek
Seria: Willa pod kasztanem
Wydawnictwo: Edipresse

„Światło w cichą noc” Krystyny Mirek to już trzecia świąteczna pozycja, która w tym roku towarzyszy mi i ma za zadanie obudzić we mnie magię świąt. Wabi piękną okładką, która jest jeszcze dodatkowo ozdobiona błyszczącym padającym śniegiem. A ja, że jestem prawdziwą okładkową sroką zauroczyłam się tym w okamgnieniu.
Trwają przygotowania do świąt. Na osiedlu położonym na obrzeżach Krakowa lśnią tysiące świateł. Tylko dwa domy stoją ciemne. Przedwojenna willa i niewielki budynek obok niej.

Antek Milewski wraca do domu po latach. Zostawia za sobą porażkę życiową i chce zacząć wszystko od nowa. Kiedy przekracza próg starej willi, wracają dawne wspomnienia. Zaczyna rozumieć, że nie odnajdzie spokoju, dopóki nie rozwiąże tajemnicy z przeszłości. Dlaczego kochający ojciec nagle porzucił żonę i dziesięcioletniego syna? Czemu nigdy nie próbował naprawić błędu?

W małym jednorodzinnym domu nie obchodzi się świąt Bożego Narodzenia, bo kojarzą się z tragicznym wypadkiem. Magda Łaniewska i jej dwaj bracia zawsze wtedy wyjeżdżają do ciepłych krajów. Ale tym razem staną przed wielkim wyzwaniem. Będą musieli zorganizować prawdziwą Wigilię.

Nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Nie każdy człowiek okaże się wart pokładanego w nim zaufania. Jednak w magiczną noc światła zapalą się nie tylko w dwóch uśpionych domach, ale też w sercach ich mieszkańców.

Sięgnij po nową powieść mistrzyni lekkiego pióra.

To piękna i głęboka historia, która ogrzeje serca w zimowy wieczór.

„Światło w cichą noc” to powieść po brzegi wypełniona ciepłem i zapachem pierników, idealna na zimowe wieczory z gorącą herbatką czy słodką czekoladą.
Światełko niesie ze sobą cudowną atmosferę, która rozwija się z każdą stroną...to oczekiwanie na święta, przygotowania, sprzątanie, gotowanie, a nawet prozaiczne zakupy i galerie oferujące mnóstwo świątecznych „przydasi”, autorka wplotła umiejętnie w fabułę i stworzyła iście magiczną historię utkaną ze zwykłej codzienności.
Akcja powieści rozgrywa się w okresie około świątecznym, a więc uczestniczymy wraz z bohaterami w ich przygotowaniach do świąt, poznajemy ich skrywane żale i pragnienia, a także idziemy wraz z nimi na zasypany śniegiem chodnik i odgarniamy go zaciekle, by pozbyć się nagromadzonych złych emocji.
Antka, Michała, Magdę i Bartka, a także babcię Kalinę oraz Biankę – polubiłam od samego początku. Nie mogło być inaczej! Po prawdzie, z chęcią spotkałabym na swojej drodze jednego z tych uroczych mężczyzn...ale pani Krystyna ma co do nich inne plany :)

„Światło w cichą noc” ogrzało moje serce, tchnęło we mnie iskierkę światła i powiem szczerze, że za przykładem Bartka, zamierzam w tym roku upiec z synem pierniki, aby magia powróciła do mojego rodzinnego domu. W tym roku będzie nam to szczególnie potrzebne. I podobnie jak Magda, wierzę, że przyszedł czas, by odczarować Święta Bożego Narodzenia i myślę, że mój Anioł Stróż spojrzy na to wszystko z uśmiechem.

„Światło w cichą noc” to powieść, gdzie jak zwykle pióro Krystyny Mirek jest starannie dopracowane i językowo wyważone, do tego stopnia, że podczas czytania odnosiłam często wrażenie, jakby napawała mnie spokojem, spływał on na mnie z każdej linijki tekstu.
Jednocześnie zawiera całe mnóstwo wskazówek i drogowskazów na przyszłość.

Autorka podkreśla w powieści bardzo istotną rolę jaką w życiu powinno odgrywać rodzeństwo: „Często brat czy siostra to najbliższa osoba, a zgrane rodzeństwo może być wielkim wsparciem, także kiedy się dorasta i opuszcza dom.” Miłość i bliskość rodzeństwa są bardzo ważne, choć często tak wiele osób o tym zapomina. Czasem w życiu pozostaje nam tylko rodzina. Warto o nią zadbać i podreperować zardzewiałe zawiasy rodzinnych relacji, zwłaszcza teraz kiedy zbliżają się w święta. Trzeba czasem schować dumę do kieszeni, póki jeszcze mamy na to czas. Póki jest na to szansa.

„Światło w cichą noc” to również delikatna przestroga dla tych, którzy rzucają się w wir miłości. Czasami zaślepieni uczuciem rzucamy się w związek całym sercem i całą duszą, a bywa że nie zawsze kończy się to dla nas szczęśliwie. Coś o tym wiem, dlatego mocno kibicowałam Magdzie i bardzo chciałam, żeby w końcu zdjęła z nosa różowe okulary, by nie wpadła jak śliwka w wigilijny kompot. Czy jej się to udało? No cóż...to już zostawię dla siebie, a Wy przekonacie się o tym, jak tylko sięgniecie po powieść.
Podobnie, jak niegdyś betlejemska gwiazda oświetlała drogę do stajenki, niosąc dobrą nowinę i dając ludziom nadzieję, tak „Światło w cichą noc” Krystyny Mirek niesie ze sobą spokój i wiarę. Wiarę w rodzinę, gdzie powinniśmy dbać o siebie nawzajem, wspierać się, a przede wszystkim kochać. Dzięki temu, choćby na zewnątrz świat się walił w półmroku i pokładał w nas kamieniami, w zaciszu domu znajdziemy wszystko to, czego ludzkie serce potrzebuje.

„Światło w cichą noc” to powieść, po którą warto sięgnąć, by sobie przypomnieć o tym co w życiu powinno być najważniejsze. Zwłaszcza teraz kiedy zbliżają się święta. Dlatego serdecznie polecam ją każdemu, bez wyjątku. Wpuśćcie światełko do swojego domu i niech Wam świeci, bardzo długo.


Za egzemplarz do recenzji ogromnie dziękuję Wydawnictwu Edipresse. 
 Ps. Już wkrótce (jeszcze nie wiem dokładnie kiedy) nakładem wydawnictwa ukaże się druga część pod tytułem „Światło o poranku”. Już się nie mogę doczekać! I gwarantuję Wam, że po przeczytaniu pierwszej części, również będziecie niecierpliwie oczekiwać dalszego ciągu.

Wypożycz na w.bibliotece.pl

poniedziałek, 6 listopada 2017

"GWIAZDKA Z NIEBA" Katarzyny Michalak PRZEDPREMIEROWA RECENZJA


GWIAZDKA Z NIEBA


Autor: Katarzyna Michalak 
Cykl: Seria Mazurska (tom 1) 
Wydawnictwo: ZNAK

Premiera tej lśniącej gwiazdami powieści będzie miała miejsce 8 listopada bieżącego roku.
„Gwiazdka z nieba” Katarzyny Michalak fascynowała mnie od pierwszych zapowiedzi, okładką, z której bije magia. Nie ukrywam, że bardzo lubię powieści autorki, dobrze mi się je czyta i mam ich trochę na swoim koncie. Więc tym bardziej, pragnęłam dostać „Gwiazdkę z nieba” w swoje ręce.
I dostałam, radość wielka – w pięknym granatowym pudełku, pełnym granatowych wiór (jak to określił mój syn)...a w środku lampion, zdjęcie autorki i na końcu, oczywiście, była moja wymarzona „Gwiazdka z nieba”.
Wiecie, że jeszcze nikt do tej pory nie podarował mi gwiazdki z nieba? To był pierwszy raz :)


Co może grozić komuś, kto stracił już wszystko?
W śnieżną wigilijną noc na tatrzańskiej przełęczy dochodzi do tragedii.
Sześć lat później w mazurskiej chacie nad jeziorem staje się cud.

Niektórzy ludzie, choćby mieli wszystko, nie będą szczęśliwi. Inni nie mają nic, a potrafią cieszyć się życiem. Nataniel należał do tych drugich.
W przeszłości uległ poważnemu wypadkowi,
potem zmarła jego ukochana mama, a teraz stracił jeszcze dach nad głową.
Nie miał nic, ale zyskał wolność i mógł ruszać w nieznane.

Senna – zagubiona wśród lasów wioska na Mazurach – miała być tylko krótkim przystankiem w jego podróży. Zatrzymał się w małej, opuszczonej chacie nad brzegiem jeziora. Miejscowa legenda głosiła, że ktokolwiek w niej zamieszka, straci to, co kocha.

Ale co może grozić komuś, kto stracił już wszystko?
Czy los nie mógłby w końcu nagrodzić dobrego serca i szlachetnej duszy?


„Gwiazdka z nieba” to nie opowieść wigilijna w stylu Dickensa, o Ebenezerze Scrooge i trzech świątecznych duchach. Nie jest to też ckliwa romantyczna historia o miłości przy świątecznym stole. Ta książka to fascynująca opowieść o zwykłym życiu. To historia, jaką może napisać otaczająca nas rzeczywistość i przewrotny los. Może dotknąć lub już dotknęła wielu z nas. A to co z tym zrobimy, zależy tylko od nas.
Życie nie jest bajką, bywa okrutne i niesprawiedliwe. Tym co mają dobre serce kładzie kłody pod nogi, ugina ich plecy pod ciężarem cierpienia i składa na ich barki wciąż nowe kłopoty. Zaś tym co, w sercu noszą zło i gniew, daje często w nadmiarze, mają wszystko, niczym się nie martwią, idąc lekko przez życie, nie doceniają w pełni tego co mają.
Dlaczego tak jest? Nie wiem.
Może Ci dobrzy są silniejsi i dlatego są w stanie unieść ogrom trudu i cierpienia, ponoszą wielkie straty, ale wstają i walczą dalej? Może Ci źli nie byliby w stanie udźwignąć nadmiaru bólu, straty, padliby na kolana i nigdy, by się nie podnieśli z klęczek?
Może o to chodzi? Trudno znaleźć odpowiedzi na te pytania.

„Gwiazdka z nieba” też nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Autorka, oczywiście porusza te dylematy, opowiadając nam historię Nataniela, Marii i Mateusza, oślepionej Trusi i złamanej Królewny Śnieżki. W całej tej historii pomiędzy wierszami jest ukryta sekretna prawda, którą możemy wyczytać, jeśli otworzymy na nią swoje serce. 

Oczywiście wiemy to, że „świat jest pełen zła, to prawda, większość ludzi jest dobra. Zło tylko głośniej wrzeszczy i brutalnie rozpycha się łokciami...”

Wiemy też, że „niektórzy ludzie, choćby mieli wszystko, nigdy nie będą szczęśliwi. Inni nie mają nic, a potrafią cieszyć się życiem.”


„Gwiazdka z nieba” Kasi Michalak, porywa serce, wciąga je w wir zdarzeń i nie puszcza do ostatniej strony. Łamie duszę, jak lekarz łamie źle zrośnięte kości. Boleśnie dotyka brutalną prawda o życiu i jego niesprawiedliwości. A jednocześnie, jak wspomniałam, daje receptę, na to w jaki sposób można przetrwać. Wiara. Wiara w to, że po ziemi chodzą dobrzy ludzi, którzy pochylą się nad nami kiedy upadniemy twarzą w błoto, że podadzą nam szklankę wody, będą w potrzebie przy nas jak Anioł Stróż, niezawodni, milczący, niosący swoje serce i empatię na dłoni.

Wiecie, ostatnio, mam taki czas, że odkrywam to na nowo, tę wiarę w ludzi i w Anioły. 

„Gwiazdka z nieba” uświadomiła mi, że Anioły mają też ludzką twarz, albo przybierają postać zwierzęcia. Czasem może się to wydawać niepojęte, ale dobro powraca, a jeśli nie wróciło jeszcze do tej pory, to powróci. Nawet kiedy los nas samych nie pieści i nie głaszcze po głowie. Nie wolno tracić nadziei.
Warto też czasem docenić to, co mamy, na przekór całemu światu, bo może jest tak że to, co mamy – to jest bardzo wiele, a gdybyśmy to stracili nie byłoby już nic.
A przede wszystkim, najważniejsze jest to, by kochać też samego siebie. Nie patrzeć na to jak widzą nas inni, bo Ci co kochają, nie widzą naszych ułomności i fizycznych braków. Widzą dobre serce i duszę pełną gwiazd.

„Gwiazdka z nieba” Katarzyny Michalak jest więc opowieścią, o życiu, o ludziach dobrych i złych, o recepcie na los i na przetrwanie...Jest zatem idealną książką, dla tych co stracili nadzieję, dla tych którzy czują pustkę i myślą, że już nic dobrego ich w życiu nie spotka. 
Jeśli macie wokół siebie takie osoby, to podarujcie im „Gwiazdkę z nieba”, a jeśli sami sądzicie, że jest ona Wam potrzebna, by światło rozbłysło w Waszych sercach, to koniecznie sięgnijcie po tę opowieść.

Serdecznie i ciepło dziękuję Wydawnictwu Znak za podarowanie mi „Gwiazdki z nieba” 




Ucieszę Was – będzie kontynuacja powieści 

– już na wiosnę – pojawi się „Promyk słońca” !


"Aleja Siódmego Anioła" Renaty Kosin

 


ALEJA 

SIÓDMEGO 

ANIOŁA

Autor: Renata Kosin
Wydawnictwo: Filia

„Aleja Siódmego Anioła” Renaty Kosin swoją premierę miała 25 października bieżącego roku.
Odkąd pojawiły się pierwsze zapowiedzi tej powieści, wiedziałam, że znajdzie się ona na mojej liście książek, które muszę mieć w swojej biblioteczce. Czułam, że ta książka jest dla mnie.
Swój egzemplarz wraz z dedykacją wygrałam w konkursie organizowanym przez autorkę.
I jak tu nie wierzyć w Anioły? 
Wypowiedzi w konkursie było mnóstwo, autorka wybrała moją, a może to Anioł wybrał za nią...tego nie wiem, ale pani Renata Kosin podsumowała to tak: „Postanowiłam dać go osobie, która swoją odpowiedzią trafiła w punkt, zupełnie, jakby już przeczytała "Aleję Siódmego Anioła", albo jakby ta powieść powstała specjalnie dla niej.
A o Aniele napisała tak:
"Aleja Siódmego Anioła " pragnę przeczytać, ponieważ uwielbiam takie książki, co dają nadzieję, które mówią o miłości a nie są koniecznie romansem, takie które porywają serce i duszę, wynoszą mnie na wyżyny tego co nienamacalne, tego co tylko można wyczuć sercem, dostarczają mi dobrych myśli i wiary w to, że życie niesie nam też dobre rzeczy, a jeśli mowa w niej o aniołach to jest to książka idealna dla mnie, bo w anioły wierzę mocno, mam już ich mnóstwo w domu i jednego w niebie."
I tak to się stało. Na domiar tego kiedy książka dotarła do mnie – drugi egzemplarz dostałam od Wydawnictwa Filia, w tym samym dniu. Jak wiecie przeznaczyłam go dla Was na konkurs. 
Bo szczęście trzeba dzielić, żeby się mogło mnożyć.


Julia nie ma żadnych marzeń, ponieważ jest przekonana, że nie zasługuje na ich spełnienie. Prawie cały swój świat zamknęła w czterech ścianach maleńkiego mieszkania na jedenastym piętrze wieżowca, jak w szklanej śniegowej kuli. Na zewnątrz pozostało jej poprzednie życie, to do którego nie ma już powrotu.
Jednak pewnego dnia coś się zmienia. Granice uporządkowanego świata Julii zaczynają kruszeć i pękać, gdy ze starego sekretarzyka odnalezionego na zapleczu pewnego sklepu wypada list napisany przed laty przez kilkuletniego chłopca. List zawierający niezwykłą prośbę. Julia postanawia sprawdzić, czy zapisane w nim marzenie spełniło się, ruszając jego śladami. Dzięki temu odkrywa tajemnicę, nad którą czuwa siedem wyjątkowych aniołów.

Piękna opowieść o miłości silniejszej niż czas.

„Aleja Siódmego Anioła” Renaty Kosin to nie jest książka, którą po przeczytaniu wystarczy odłożyć na półkę. Przynajmniej ja nie mogłam. Przytuliłam ją mocno do siebie i szepnęłam do swego Anioła, by nigdy mnie nie opuszczał, by otaczał mnie swoimi skrzydłami i czuwał nade mną. 
 
 Powieść nie jest też typowo świąteczną, sielankową historią z dźwiękami Jingle Bells w tle. O nie!
„Aleja Siódmego Anioła” porusza zakamarki duszy, wyrywa z niej smutek kawałek po kawałku, tak że ulatuje on gdzieś daleko. Historia opowiedziana przez autorkę, ma w sobie tyle mocy i wiary, wycisza, odgania mrok i rozjaśnia nadzieją, że faktycznie – chyba była napisana dla mnie. A takich mnie wśród Was jest z pewnością bardzo wiele. Więc mam nadzieję, ze trafi ona w Wasze dłonie i będziecie mogli nacieszyć się tymi wszystkimi dobrymi znakami, które niesie ze sobą ta książka.

„Aleja Siódmego Anioła” prowadzi nas przez rok z życia Julii, byśmy razem z nią mogli dojrzewać, pogodzić się z żalem i smutkiem, by dostrzec, że nosimy w sercu miłość, nawet jeśli wkradł się do niego szklany odłamek z lustra Królowej Śniegu. Takimi skrawkami, które wpadają do naszych serc czy oczu są złość, strata, cierpienie, ból, samotność. Zamykamy się przed światem, na świat. Chyłkiem przechodzimy przez życie, wśród ludzi...a czas przepływa nam przez palce. Bo tak jest bezpieczniej, lepiej, spokojniej. I tak z dnia na dzień zamykamy się w śnieżnej szklanej kuli.
Dobrze jest mieć wtedy Anioła Stróża. Może być nim inny człowiek albo prawdziwy Anioł, który da nam znaki. Ważne jest, by dostrzegać znaki, które nam daje. 

„...Bo każdy powinien mieć własnego anioła, takie, wie pani, co 

by nad człowiekiem czuwał i w porę chwycił za chabety, jakby coś.

Anioła Stróża.”

Renata Kosin – być może za podszeptem Aniołów – ubrała w słowa i w piękną historię, wszystko to, w co od dawna wierzę i co chodziło mi po głowie. Mój Anioł tam w niebie czuwa nade mną od niespełna roku, wiem że nie ma ze mną lekko, ale to on właśnie codziennie, daje mi siłę do dalszego działania.
I chyba potrzebowałam tej powieści, by móc głośno mówić o mojej wierze w coś nienamacalnego, w coś co czasem tak trudno jest innym pojąć.
„Aleja Siódmego Anioła” poruszyła moją duszę, wzniosła ją na wysokość bliżej nieokreśloną, wyrwała mi ogrom smutku z serca. I przyznam się Wam (ze łzami w oczach), że odetchnęłam głęboko od bardzo dawna.
Historia Julii i siedmiu Aniołów tu na ziemi oraz jednego w niebie, a potem kolejnych, napełniła mnie wielkim spokojem. Trudno to wyjaśnić. Ale z każdą stroną czułam jak moje smutne serce uspokaja się, jak spływa na mnie przekonanie, że jeszcze będzie dobrze.
„Aleja Siódmego Anioła” Renaty Kosin to powieść dla tych, którym zima rozpanoszyła się w sercu i w życiu za sprawą losu i Królowej Śniegu. To książka, która topi lód powoli ale skutecznie. Rozgrzewa wiarą i rozpala nadzieją.
Wobec czego nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam, abyście przeszli się po stronach „Alei Siódmego Anioła”, przysiedli na ławeczce wraz z Julią i ze mną, porozmawiali z Aniołami, nakarmili braci mniejszych i odnaleźli pióro zatroskanego anioła.

Za cudowną lekturę i wszystko to, co  mi przyniosła dziękuję  - Pani Renacie Kosin.

Za egzemplarz do recenzji, którym podzieliłam się z innymi, dziękuję Wydawnictwu Filia. 


Wypożycz na w.bibliotece.pl

sobota, 4 listopada 2017

"Dwór w Czartorowiczach" Saga Polska Moniki Rzepieli


DWÓR 


CZARTOROWICZACH


Autor: Monika Rzepiela
Cykl: Saga Polska (tom1)
Wydawnictwo: Szara Godzina

„Dwór w Czartorowiczach” Moniki Rzepieli to tegoroczny debiut literacki, rozpoczynający jednocześnie cykl Saga Polska.
Okładkowa grafika przenosi nas przed próg polskiego dworu, gdzie zajeżdżamy konną dorożką.

Panny Ewa Jabłońska i Iga Branicka wychowały się we dworze w Czartorowiczach, od pokoleń należącym do rodziny Jabłońskich. Pomimo że sporo je różni, są ze sobą zaprzyjaźnione. Obie się zakochują. Splot wydarzeń doprowadzi je do konieczności dokonania trudnych wyborów. Co powinny uczynić, by spełniły się panieńskie marzenia? Nostalgiczna, barwna i lekko napisana historia miłosna, rozgrywająca się po upadku powstania styczniowego na dalekim Podolu, w czasach i miejscach, których nie ma, ale które rzewnie wspominamy. Dwór w Czartorowiczach ukazuje losy mieszkańców od urodzenia aż po grób, towarzysząc im w salonie i w kuchni, w alkowie i w ogrodzie, przy ołtarzu i nad mogiłą. 

 Muszę przyznać, że nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać sięgając po tę pozycję. Uwielbiam takie klimaty dawnych czasów. Zdaję sobie sprawę z tego, że obecnie niezmiernie trudno jest pisać o tym jak było, zwłaszcza jeśli umieszcza się fabułę w Polsce. Dla mnie jako czytelnika taka powieść, musi być wiarygodna. Nie zniosłabym przekłamań, czy też naciągania rzeczywistości. Przeczytałam kilka sag w swoim życiu i chociaż pociągają mnie klimaty angielskie, to jednak z ciekawością sięgam po te sagi osadzone w XIX Polsce. 
Czy Monika Rzepiela – spełniła moje oczekiwania?

„Dwór w Czartorowiczach” Moniki Rzepieli, to fascynująca historia, która przenosi nas do czasów dworskich. Akcja dzieje się na dalekim Podolu, niedługo po upadku Powstania Styczniowego.
Podczas czytania daje się wyraźnie wyczuć, że autorka dokonała obszernego researchu na temat panujących obyczajów w ówczesnej Polsce. W sposób bardzo dopracowany stosuje w swej powieści wiernie odwzorowany styl mówienia i tytułowania osób. Nadaje to powieści bardzo realistycznego rysu, a to z kolei sprawia, że czytelnik zagłębia się w lekturze i staje się jednym z bohaterów.

Specyficzny sposób mówienia, a także mnogość występujących w powieści postaci, sprawiły, że na początku trudno mi było się połapać - kto jest kim i dla kogo, tym bardziej, że ówcześnie we dworach żyło się pokoleniowo. Na szczęście autorka zadbała o czytelnika w tym względzie i na początku powieści umieściła spis wszystkich postaci, a na końcu dodała drzewa genealogiczne – dzięki którym można było zapoznać się z wszelkimi rodzinnymi koligacjami. Zaglądałam do początkowego spisu postaci raptem kilka razy, a potem kiedy przyzwyczaiłam się do ichniejszego stylu życia we dworze, nie miałam już potrzeby korzystania z tej małej ściągawki. Po prostu weszło mi w krew ówczesne nazewnictwo i tytułowanie, doskonale się w tym odnajdywałam. Przez powieść przeszłam tanecznym krokiem panienki ze dworu.

"Dwór w Czartorowiczach" napisany jest bardzo literackim językiem a jednocześnie tak wspaniale trafiającym do czytelnika, że trudno się oderwać. Ogromnie ciekawiły mnie wszelkie opisy zachowań, zwyczajów, obrzędów. Trochę zaskoczona byłam, że mężczyzna ledwie znał kobietę, a mógł ją poprosić o jej rękę. Nie wiedziałam, że tak było, żyłam do tej pory w nieco innym wyobrażeniu. Czuję więc, że moja przygoda na Podolu dopiero się zaczęła. Z chęcią sięgnę po drugi i kolejne tomy (bo jeszcze nie wiem ile ma ich być). Z ciekawością będę śledziła dalsze losy Ewy Jabłońskiej a także jej kuzynki Igi Branickiej. Polubiłam obie dziewczyny, chociaż i reszta bohaterów wzbudziła we mnie sporo sympatii.

Sięgając po „Dwór w Czartorowiczach” trochę obawiałam się, czy aby fabuła nie będzie stłamszona przez wydłużone opisy przyrody. Ale na szczęście nic takiego nie ma miejsca w tej powieści. Fabuła jest wartka i akcja toczy się zaskakująco szybko, a przy tym z zachowaniem chronologii czasowej, dzięki której mamy okazję przeżywać z bohaterami np. Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie czy w końcu Wielkanoc.

Wszystkim tym, którzy lubią sięgać po tego typu literaturę – gorąco polecam debiutancką powieść Moniki Rzepieli „Dwór w Czartorowiczach”z cyklu Saga Polska.
A ja też bardzo chętnie dowiem się więcej o naszej kulturze oraz ówczesnej codzienności na polskich wsiach i dworach.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Szara Godzina. 
Wypożycz na w.bibliotece.pl